UDOSTĘPNIJ
REKLAMA
Ależ czekałem na ten film. Kto nie jarał się tym anime w dzieciństwie? Kto nie próbował przed lustrem Ka-me-ha-me-ha? Po tylu latach zdecydowano się na stworzenie kolejnej kinowej historii opartej na mandze i anime Dragon Ball Z. Na film trafiłem zupełnie przypadkowo wczoraj na YouTube, gdzie ktoś wrzucił pełny film z angielskimi napisami (nie umieszczam linka, bo może szybko zniknąć, ale każdy może bez problemu go znaleźć). W rozwinięciu recenzja Dragon Ball Z Battle of Gods.
 Akcja mam miejsce przed ostatnimi epizodami Dragon Ball Z. Po pokonaniu Buu, a przed Turniejem Sztuk Walki. Po 39 latach snu (podobno ledwo drzemki) budzi się Bills (Birsu po japońsku) – bóg zniszczenia. Madafaka dla kaprysu niszczy różne planety. Jednym z jego ludzi był legendarny Freeza. Bills doznaje szoku, że Freeza został pokonany przez jednego z Saiyan. Po analizie formy Super Saiyan Bills przypomina sobie jeden z proroczych snów, w którym zmierzył się z godnym siebie przeciwnikiem – boskim Super Saiyan. Z tego powodu zmierza na Ziemię, aby poznać jedyny ocalałych Saiyan i zmierzyć z najsilniejszym, a przy okazji zniszczyć kolejny świat.
Wszystko zapowiadało się rewelacyjnie. Niestety tak nie jest. Jakieś 70% tej pełnometrażówki to zapychacze czasu. Po obiecującym wstępie jesteśmy świadkami masy scen przypominających fillerowe odcinki po jakimś ważnym fabularnie wydarzeniu. Cała akcja ma miejsce podczas urodzin Bulmy, więc na miejscu są wszyscy bohaterowie znani serii. W 90% to oczywiście statyści po prostu patrzący się na wydarzenia. Gohan, Goten, Trunks są potrzebni jedynie do zabrania kilku minut z tych 70 składających się na film. Trochę więcej pojawia się Vegeta, ale i tak jego sceny to strata czasu.

W ten sposób Starcie Bogów trwa może jakieś 10 minut z masą gadki w trakcie. Bills jest mocarny, chociaż wygląda jak kot rasy sfinks w ciuchach egipskiego faraona. Goku żeby mieć z nim jakiekolwiek szanse musi osiągnąć Boski Poziom Super Saiyan. Znów niestety osiąga ten poziom zbyt łatwo i szybko, a gdy już jego włosy zmieniają się na czerwone (!) to jest to jedyna różnica między poziomem SSJ, a GSSJ.

Walka jest krótka, mało widowiskowa. Przynajmniej kończy się zaskakująco, co uznaję za niewielki plus. Dla mnie to zbyt mało na tak oczekiwany film. Potencjał był na najtrudniejszą i największą walkę Goku, a wyszła przegadana opowiastka z humorem na poziomie siedmiolatka. Albo zbyt wydoroślałem, albo Battle of Gods to jeden z najgorszych filmów osadzonych w historii Dragon Ball Z. Fani obejrzą i tak. Założę się, że większość i nie będzie zadowolona po seansie. Nie polecam.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here