UDOSTĘPNIJ
REKLAMA
Mówią wam coś tytuły Golden Axe, Cadillacs & Dinosaurs, a może Knights of the Round? Jeśli odpowiedź jest twierdząca to znaczy, że nie są wam obce maszynki do gier na żetony potocznie zwane automatami. To było miejsce, w którym spędzałem wiele godzin przepuszczając pieniądze przeznaczone na szkolne kanapki. Bo kto musi jeść jeśli czas można spędzić o wiele przyjemniej czyszcząc lokacje ze zbirów aby ujrzeć strzałkę z napisem GO. A gdyby do tego dodać system RPG, mnóstwo lootu i piękną grafikę? Wtedy otrzymamy Dragon’s Crown! Recenzja z rozwinięciu.

Fabuła jest jedynie pretekstem do zwiedzania kolejnych lokacji. Wszystko sprowadza się do odszukania tytułowej Smoczej Korony i zabezpieczenia interesów Królestwa. To nie ona jest najważniejsza, a miód płynący z rozgrywki. Ale…

Aby poczuć prawdziwą przyjemność z obcowania z Dragon’s Crown potrzeba trochę cierpliwości. Pełniący rolę tutoriala wstęp do poważnej rozgrywki trwa około 6 godzin (miałem na liczniku dokładnie 5:43). Wybieramy postać z sześciu dostępnych, wypełniamy zadania główne, zlecenia dodatkowe, poznajemy ekwipunek i zasady zdobywania lootu. W tym czasie nie ma możliwości odpalenia sieciowej kooperacji, a singlowe pojedynki są proste jak drut. Żaden z szeregowych przeciwników ani bossów nie stanowi wyzwania. Żaden! A gdy już przez to przebrniemy to konsolka o wiele częściej będzie spotykała się z ładowarką!

Wybór postaci ma kluczowe znaczenie dla odczuć płynących z rozgrywki. Każdą gra się inaczej. Amazonka stawia na zwinność i szybkość, Wojownik na siłę i odporność, Elf atakuje z dystansu, a klasy magiczne przyzywają lub rzucają zaklęcia. Wraz z rozwojem odblokowujemy nowe umiejętności z sensownie rozbudowanej puli. Zamiast iść w ilość zupełnie nie używanych dodatków można stopniowo zwiększać moc już odblokowanych. Nawet grając tą samą postacią co kooperacyjny kompan można mieć zupełnie inny styl. Równie, a być może nawet bardziej skuteczny. Początkowy wybór nie jest ostateczny gdyż postać można swobodnie zmienić w trakcie zabawy i wyposażyć w część ekwipunku, który dostępny jest dla kilku lub nawet wszystkich klas.

Rozgrywka wygląda jak żywcem wyjęta ze wspomnianych automatów. Postać porusza się w prawo oraz w górę i dół ekranu. Co chwila kamera blokuje się tworząc z ekranu klasyczny kill room. Po wybiciu wszystkich wrogów pojawia się legendarna strzałka pozwalająca na przejście dalej. Co jakiś czas z wrogów wypada broń dodatkowa. Może to być kusza, miotacz płomienia, granat. Każda z nich ma określoną liczbę użyć po czym staje się bezużyteczna zostaje upuszczona.
System walki nie oferuje karkołomnych wygibasów angażujących wszystkie przyciski urządzenia. Na dobrą sprawę wykorzystujemy tylko dwa – cios normalny i cios specjalny. Mimo tego kombinacji jest nad wyraz dużo. Kombosy różnią się diametralnie zależnie od tego czy postać znajduje się na ziemi czy w powietrzu. Czy akurat stoi w miejscu czy biegnie. Modyfikatorem w tych przypadkach jest lewa gałka odpowiedzialna za ruch. Wychylenie w każdą ze stron zmienia rodzaj ataku. Brzmi to banalnie, ale opanowanie wszystkich możliwości zabiera trochę czasu. Co najważniejsze, system sprawdza się wzorowo! Nie czuć braku polotu ani znużenia od ciągłego wciskania tego samego przycisku. Prawy analog został przemianowany na kursor. Za jego pomocą znajdujemy ukryte w lokacjach kosztowności oraz wskazujemy drzwi i skrzynie, które ma otworzyć towarzyszący nam wiecznie przygarbiony złodziejaszek. Wersja PS Vita pozwala robić do również za pomocą ekranu dotykowego.

Dotarcie do końca rozwleczonego do granic przyzwoitości prologu, obadanie wszystkich lokacji pozwala Dragon’s Crown rozwinąć skrzydła. Wskakując do gry ze znajomymi lub zupełnie obcymi nam osobami kontynuujemy fabułę w tych samych miejscówkach, ale z nowo otwartymi ścieżkami. Przeciwnicy są o wiele silniejsi, a bossowie to już prawdziwe wyzwanie. Walka ramię w ramię z żywymi kompanami to zupełnie inna bajka niż przewodzenie grupie wyjątkowo przygłupich botów. Pojawia się też zatrzęsienie zadań pobocznych. Te są urozmaicone i nie polegają jedynie na zabiciu kilku określonych wrogów. Czasem trzeba rozwiązać jakąś łamigłówkę, czasem przepędzić duchy czy okraść pomieszczenie nie budząc śpiących orków. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Po skończeniu gry zachowujemy postać oraz przedmioty. Nowa rozgrywka pomija wstęp i od razu bierzemy się do roboty. Jest naturalnie trudniej, ale i maksymalny level zostaje podniesiony. Wielokrotne przechodzenie gry to nie fanaberia, a podobnie jak w Diablo konieczność, by poczuć pełnię oferowanych przez tytuł możliwości.

Loot sypie się tutaj tonami. Nie ma sensu przywiązywać się do jakiejś broni, bo za chwilę wpadnie coś o wiele ciekawszego. Zdobyte przedmioty nie zaprzątają głowy podczas misji, wyświetlają się w podsumowaniu. Wszystkie wzorem dawnych erpegów są niezidentyfikowane. Identyfikacja słono kosztuje, więc od razu możemy wszystko sprzedać. Ceny po identyfikacji mogą być wyższe lub dużo niższe od oferowanych, czyli wszystko zależy od gracza. W podjęciu decyzji pomaga oznaczenie przedmiotów od E do S, gdzie S to najlepszy możliwy wybór. Aby usprawnić zmianę ekwipunku można przygotować kilka zestawów między, którymi można wybierać przed rozpoczęciem misji. Nie należy zapomnieć, że wyposażenie się psuje, a naprawić je można jedynie w mieście pełniącym rolę HUB’a. 

Pomijając krótkie utraty płynności technicznie Dragon’s Crown prezentuje się wspaniale. Kolorowa grafika przywodzi na myśl ręcznie malowane przygodówki. Kontrowersje wzbudzają jedynie przerysowane rozmiary postaci. I nie chodzi o gabaryty orków czy wojowników. Chodzi o baaaaardzo kobiece kształty. U Amazonki ledwo widać  skromniutką bieliznę, która spełnia rolę niedorzecznego pancerza, a miseczka Czarodziejki mimo, że ledwo utrzymuje biust może z czystym sumieniem ubiegać się rekord Guinessa. Dziwne, że w ogóle widzi co jest przed nią… Nie każdemu pasuje erotyka podana w taki sposób, więc feministki nie powinny sięgać po ten tytuł.

Udźwiękowienie pełne jest wyjątkowego klimatu. Wszystkie dialogi zostały zastąpione perfekcyjnie dobranym narratorem. Przybliża nam opowieść, streszcza rozmowy zwracając dużą uwagę na szczegóły. W co jest ubrany rozmówca, jakim tonem przekazuje wieści, co dzieje się za naszymi plecami. Scenki ukazane są jako statyczne obrazki z lekko animowanymi elementami tła.

Vita pozwala na wieloosobową rozgrywkę w trybie Ad Hoc oraz klasycznie online. Nie napotkałem żadnych problemów z połączeniem. Kod został napisany wzorowo. Wersja PS3 pozwala na zabawę na jednej kanapie. Co dziwne gra wspiera Cross Save pozwalający na przenoszenie zapisanych stanów pomiędzy konsolami Sony, a nie wspiera Cross Buy i Cross Play. Chcąc bawić się grą na telewizorze i w podróży trzeba kupić dwie gry w pełnej cenie (199zł i 159zł). Kompletnie nieprzemyślane rozwiązanie.

Dragon’s Crown mimo pewnych zgrzytów jest grą wyjątkową. Próżno szukać w bibliotece tej generacji czegoś zbliżonego. Mieszanka niemalże prehistorycznych chodzonych bijatyk z rozbudowanym system RPG okazuje się strzałem w dziesiątkę. Nikt nie ukrywa nastawienia na kooperację, ale samotnicy również mogą bawić się świetnie. Vanillaware spisali się na medal! Masz PS Vita? Musisz mieć Dragon’s Crown!

Miałem nie pisać ocen cyfrowych, ale podkreślam, że dla mnie jest to 10/10!

Dziękuję NIS America za dostarczenie egzemplarza do recenzji.
Copy for review provided by NIS America. Thanks!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here