UDOSTĘPNIJ
REKLAMA
Wspieranie małych twórców to chyba najlepsze co mogło nas spotkać w dzisiejszych czasach. Na szczęście nie musimy być zależni od gigantycznych koncernów zmieniających gry w casualowe samograje. Rainbow Moon to przedstawiciel praktycznie zapomnianego gatunku taktycznych RPG. Po wydaniu na dużych konsolach przyszedł czas na wersję PS Vita. Jak się ona prezentuje, dowiecie się w recenzji.
Chciałbym powiedzieć, że krótko streszczę fabułę, ale jej praktycznie nie ma. To chyba największa waawianego tytułu. Brakuje historii motywującej do poznawania kolejnych wydarzeń. Gramy ludkiem podstępnie pokonanym przez swojego wroga i wrzuconym w tajemniczy portal. Dalej w zasadzie wykonujemy kolejne polecenia od rozsianych po świecie NPC. Po dwóch godzinach trudno sobie przypomnieć dlaczego idziemy w to miejsce, po co walczymy z tym czy innym gostkiem. Brakuje wyraźnie zarysowanej głównej osi fabularnej. Nadzieja, że później się rozkręci to tylko nadzieja.
Zadania główne to raczej przemieszczanie się z jednego punktu do drugiego. Czasem trzeba zanieść list, znaleźć klucz i tym podobne. Wszystko i tak sprowadza się do pokonania jakiegoś bossa blokującego czy to przejście czy wymagany prze misję przedmiot. Zadania poboczne w tym przypadku są podobne. Zabij 6 os, zdobądź 5 mikstur, które wypadną z zabitych zombie i tak dalej i tak dalej. Niestety słabo.
Dobra, ale w takim razie czemu Rainbow Moon spodobało się na PS3? Dzięki wciągającej, taktycznej rozgrywce! Jak wspomniałem na wstępie jest to taktyczna gra RPG. Przywodzi na myśl Final Fantasy Tactics (chociaż mu znacznie ustępuje), co samo w sobie jest dobrą rekomendacją.
Po zaprezentowanej w rzucie izometrycznym mapce poruszamy się dość ograniczonymi ścieżkami. Wszelkiego rodzaju drzewka, krzaki, skały, śnieg stanowią ramy obszaru, po którym można zasuwać. Nie będę na to narzekał, bo jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało, a po drugie nie musiałem krążyć po każdej dostępnej lokacji.  Co jakiś czas napotkamy na jakąś zawalidrogę, możliwą do usunięcia po zdobyciu jakiegoś sprzętu lub specjalnej umiejętności. Coś a’la krzaczki z gier o pokemonach. Wprowadza to pewien backtracking, ale z reguły jest to zupełnie dobrowolne. Jeśli interesują nas przedmioty znajdujące się za głazem to wrócimy po nie chętnie, gdy nauczymy się go usunąć. Zgrzytem jest mapa świata. Sposób jej prezentacji to jakaś pomyłka. Podzielona została na jakieś bloki. Trzeba spędzić naprawdę dużo czasu, żeby się połapać.
Przeciwnicy są widoczni na mapie. Nad nimi widzimy również średni level doświadczenia poszczególnych jednostek oraz ich ilość. W dalszej części rozgrywki nierzadko zdarza się trafić nawet na kilkunastu wrogów. Będą to cieniasy, ale w jednej turze takiej ilości nie da rady zlikwidować. Mogą wyrządzić szkody nawet mocnym drużynom.
Jak to w taktycznych RPG najważniejsza i najbardziej dopracowana jest tutaj walka. W każdej turze postać może wykonać określoną ilość ruchów. Im dalej w las tym swoboda jest większa. Każdy z punktów akcji można wykorzystać do przemieszania się lub ataku. Ruch po bloczkach jest udziwniony. Za pomocą kierunków wciskamy, gdzie mają przejść nasi podopieczni. Prowadzi to do wielu pomyłek i frustracji. Wystarczyło wprowadzić kursor z zatwierdzaniem. Atak możliwy jest po zbliżeniu się na odpowiednią odległość do przeciwnika. Ta jest różna dla wielu bohaterów. Walczący bronią białą muszą podejść przed nos wroga. Dystansowcy wiadomo mogą pozwolić sobie na odstęp kilku bloczków. Ich ataki natomiast są słabsze, a oni bardziej podatni na obrażenia. Coś za coś.
Areny są niezbyt zróżnicowane. Będąc w danej scenerii różnice w większości przypadków polegają na innym rozmieszczeniu przeszkód (jak na powyższym screenie nagrobki).
Rozwój postaci stoi na przyzwoitym poziomie. Rolę exp pełnią perły, które następnie wydajemy na nowe umiejętności. Loot sypie się w zadowalających ilościach. Całości dopełnia bardzo podstawowy crafting. Nie ma na co narzekać.
Starcia są trudne, niekiedy nawet bardzo trudne. Grindowanie to chleb powszedni. Nawet po specjalnym podpakowaniu herosów zdarzy się, że boss zakończy zabawę jednym ciosem. Jest ciężko, ale o dziwo satysfakcja jest wielka. Nawet po kilku porażkach z jakimś badassem wracamy do gry z nową energią. W tym jest cała magia Rainbow Moon! Rozgrywka wciąga i uzależnia. Brak fabuły paradoksalnie pomaga. Można dzięki temu grać z doskoku co jakiś czas i nie czuć zagubienia. Ot bierzesz questa i gnasz w wyznaczone miejsce.
Bardzo przypadła mi do gustu warstwa graficzna. Na OLED-owym ekraniku Vity kolorowy świat prezentuje się świetnie. Zieleń, śnieg, czy czerwone akcenty budynków mogą się podobać. Nie zauważyłem różnic względem wersji stacjonarnej. Nie uświadczymy tutaj szczegółowych animacji postaci. NPC często jedynie stoją rozglądając się na boki. Nieraz chodzą do ściany i spowrotem. Twórcy zdecydowali się na archaiczną umowność, ale czy to przeszkadza w zabawie? Każdy musi sobie odpowiedzieć sam.
Dubbingu praktycznie nie ma, dialogi zrealizowano za pomocą tekstu. Co jakiś czas ktoś bąknie jakieś Hello, albo Thank you. Muzyczka pobrzdękuje w tle na tyle nieinteresująco, że nie jestem w stanie zanucić sobie chociażby paru sekund. Gdy o niej myślę mam pustkę w głowie, więc raczej nie ma czym się zachwycać.
W ten sposób doszedłem do podsumowania. Debiutanckie dzieło SideQuest Studios przypadło mi do gustu. Rainbow Moon posiada wiele wad. Posiada również niesamowitą miodność. Expienie sprawia przyjemność jak mało, która gra. Czego chcieć więcej za 49zł? Dodatkowo tytuł wspiera cross save i zniżkę dla posiadaczy wersji PS3 (50% taniej oraz dodatkowe 20% jeśli mamy PS+, co da jakieś 19zł). Zdecydowanie polecam wygłodzonym fanom taktycznych RPG! 7/10
Dziękuję East Asia Soft za udostępnienie egzemplarza do recenzji.
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułBREAKING BAD – Recenzja serialu
Następny artykułTEARAWAY – Recenzja PS VITA
Gram od zawsze, zaczynałem od Commodore 64, potem PC, PSX, znów PC, a od momentu zakupu PS2 zostałem już na zawsze z marką PlayStation. Do konsolowej rodzinki należy też Nindtendo 3DS, a wkrótce również Nintendo Switch. Dużo czytam, chętnie wpadam do kina i chłonę co raz lepsze seriale. Prywatnie zajarany sportem szczęśliwy maż oraz ojciec 3-letniego Szymona i 1,5-rocznej Patrycji

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here