UDOSTĘPNIJ
 Kickstarter jest dla mnie wyjątkową inicjatywą. Dzięki naszej (graczy) zrzutce możemy dostać gry o jakich marzymy i do jakich tęsknimy. Chłodna kalkulacja wydawniczych gigantów tego nie dotyczy. Dostajemy to na co wykładamy pieniądze. Jasne, zdarzają się niewypały, albo mega niedopracowane tytuły. Niemniej jest idealne miejsce dla graczy znudzonych taśmowym wydawaniem tego samego.
Za pomocą Kickstartera powstał Broken Sword 5: The Serpent’s Curse. Charles Cecil zebrał więcej niż potrzebował w wyniku czego obok PC pojawiła wersja na PS Vita. Tej ostatniej dotyczy poniża recenzja. Zapraszam.
Nie wiem do końca dlaczego tytuł został podzielony na dwa epizody. Pierwszy pojawił się w grudniu, a drugi w dostaniemy jeszcze w styczniu lub lutym. Naturalnie recenzja dotyczy Epizodu 1.
Przywitani zostajemy intrem, które wygląda i brzmi bliźniaczo jak te z prehistorycznej pierwszej odsłony serii. George Stobbart aktualnie pracuje jako agent ubezpieczeniowy. Jego firma ubezpieczyła eksponaty w małej galerii. Podczas wystawy George spotyka dawną przyjaciółkę Nico. Gdy dwójka radośnie sobie rozmawia do galerii wpada zamaskowany gość z pudełkiem pizzy w jednej ręce i pistoletem w drugiej. Kradnie tylko jeden obraz, śmiertelnie przy tym raniąc właściciela galerii. Okazuje się, że obraz La Malediccio nie jest wart dużo, ale skrywa tajemnice będące obiektem pożądania wielu ludzi.
George jako pracownik firmy musi wyjaśnić tę sprawę zanim zostanie przelane odszkodowanie, a Nico tradycyjnie potrzebuje dobrego artykułu do gazety.
Tak zaczyna się opowieść i jak to w przygodówkach bywa nie ma co liczyć na szaleńcze tempo i efekciarstwo. Z wiadomych przyczyn wszystko dzieje się wolno i krok po kroku przybliża nas do rozwiązania. Niestety w tym przypadku kolejne fakty poznajemy trochę zbyt wolno. Zbyt dużo czasu tracimy na pierdółki w rodzaju złapania karalucha (zamiast na przykład prewencyjnego potratowania go z buta). Całość pęka w 6 godzin, więc chciałoby się więcej znaczących dla fabuły zadań. Twórcy  moim zdaniem niepotrzebnie chcieli przypomnieć fanom miejscówki oraz postaci z klasycznych odsłon. Pojawia się oficer Moue, pani z kwiaciarni i Lady Piermont. Moue jak zawsze wprowadza dużo humoru, ale pozostałe znane twarze zdają się wrzucone na siłę.
Sterowanie na PS Vita wypada znośnie, ale dopiero gdy już się do niego przyzwyczaimy. Zrezygnowano z popularnego ostatnio w grach point and click przycisku podświetlającego aktywne miejsca w lokacji. W zamian musimy wodzić palcem po całym ekranie i zapamiętać z czym możemy wejść w interakcję. Przykładowo przejeżdżamy palcem przez pprzemiot, wtedy wyświetlają się możliwości interakcji. Następnie trzeba na ten przedmiot kliknąć i wybrać czy George ma się mu przyjrzeć, czy podnieść, ewentualnie uruchomić. Jest to odpowiednik lewego i prawego przycisku myszy. Do ekwipunku wskakujemy klikając małą ikonkę w lewym dolnym rogu. To wszystko można było rozwiązać o wiele lepiej. Podświetlanie aktywnych miejsc można było zrobić za pomocą tylnego touchpada, czy chociażby jednego z wielu przycisków (np. L/R). Ekwipunek wzorem smartfonowych aplikacji mógłby być wysuwany z boku lub z góry. Jak napisałem na początku jest znośnie, ale mogło być rewelacyjnie.

Zagadki są z reguły proste. Z małymi wyjątkami opierają się na manipulowaniu przedmiotami. Takie rozwiązanie ma to do siebie, że można się w kilku miejscach zaciąć, gdyż nie zawsze wiemy co chcą osiągnąć w danym momencie bohaterowie. Jest to wina narracji, a nie samej rozgrywki. Z pomocą przychodzi zgrabny system podpowiedzi. Zazwyczaj każda zagadka posiada od dwóch do czterech podpowiedzi. Najpierw system poinformuje nas czego potrzebują George lub Nico, kolejna nakieruje naszą uwagę na przedmiot lub miejsce. Ostatnia podpowiedź powie dokładnie co w jakiej kolejności trzeba zrobić. Czyli nie będzie paniki i przeszukiwania internetu w poszukiwaniu solucji.
Broken Sword 5 wygląda przepięknie. Ręcznie malowane tła na OLEDzie PS Vity powalają. Twrócy co rusz raczą nas kadrami z lotu ptaka, na których podziwiamy Paryż i Londyn. Takiego bogactwa w szczegóły nie widziałem już bardzo dawno. Wygląd postaci również został dopracowany. Czar pryska, gdy te zaczną się poruszać. W tym przypadku z kolei takiej drętwoty nie widziałem bardzo dawno. Jest to przygodówka, więc można wybaczyć.
Muzyka po cichutku przygrywa w tle, nie jest to nic ciekawego aczkolwiek soundtrack przywodzi na myśl klasyczne odsłony. Za to dubbing postaci stoi na bardzo wysokim poziomie. George mówi tym samym głosem co kiedyś, dzięki czemu jego czerstwe poczucie humoru wydaje się zabawniejsze niż jest w rzeczywistości. Nico i jej komiczny francuski akcent także jest w wysokiej formie, a dialogi między tą dwójką jak zwykle posiadają to trudne do zdefiniowania „coś”. Broken Sword pełną gębą.
Broken Sword: The Serpent’s Curse Episode 1 przeciera szlak gier przygodowych na PS Vita. Nie jest to start idealny. Tytuł w pewnych momentach gna akcję w ślimaczym tempie, sterowanie mogło być o wiele lepsze. Z drugiej strony jest zabawnie, dialogi są fajne, a grafika przecudna. Końcowy cliffhanger daje nadzieję, na bardzo dobry ciąg dalszy w drugim epizodzie. Niewątpliwym plusem jest cena, ponieważ płacąc z góry za dwa epizody wybulimy 79zł. Nie jest to wygórowana kwota jak na 12 godzin zabawy, zakładając że EP.2 będzie również trwał 6 godzin. Choć mogło być lepiej to i tak polecam!