UDOSTĘPNIJ
REKLAMA
Zebrałem się wreszcie żeby napisać recenzję 300: Początek Imperium. Wybrałem się do kina bez oczekiwań, ponieważ poprzedni film nie powinien dostać kontynuacji. Powinien być zamknięta historią, bez rozbudowywania tego konfliktu. Pieniądze oczywiście zrobiły swoje i tak oto otrzymaliśmy jeszcze bardziej krwawy sequel. Jak wypada? O tym w recenzji.
Przed premierą nie śledziłem zwiastunów, nie wiedziałem o czym będzie opowiadał film, ani kto będzie głównym bohaterem (bo, Leonidas nie żyje przecież). Gdzieś dawno temu wyczytałem, że będzie to prequel, a że ich nie lubię to nie interesowałem się też filmem. Na szczęście okazuje się, że decyzja o wyjściu do kina była jak najbardziej trafna.
Początek Imperium jest jednocześnie prequelem, sequelem, a część akcji ma miejsce podczas wydarzeń z 300. Główny bohater to Temistokles, który kilka lat wcześniej zabił króla Dariusza i to pchnęło syna tego drugiego do przemiany w znanego z pierwszego filmu Kserksesa. W trakcie samobójczej misji 300 Spartan dowodzonych przez Leonidasa Temistokles próbuje zjednoczyć  Greków, aby przeciwstawić się milionowej armii Kserksesa. Dziwne, ale fabuła bardzo mi się spodobała. Jeszcze nigdy nie byłem tak pesymistycznie nastawiony do kolejnej części filmu, który uwielbiam. I muszę przyznać, że byłem w bardzo dużym błędzie.
Temistokles musi zmierzyć się z Artemizją (wspaniała, fenomenalna, demoniczna Evą Green) – prawą ręką Kserksesa, a zarazem opętaną rządzą zemsty przywódczynią floty. Dziewczyna kradnie dla siebie każdą scenę, każde ujęcie i każdy dialog. Przy niej główny bohater (Sullivan Stapleton) jest miałki jak piasek w kuwecie moich szynszyli.
Ale olać bohaterów, olać fabułę. Po co idzie się do kina na 300? Żeby oglądać niesamowicie artystyczną rzeź! Wiem jak to brzmi, ale niech nikt nie mówi, że szuka w nim głębokich postaci i dylematów moralnych. Ma być sieczka i jest sieczka. Większość bitew ma miejsce na morzu, a dzięki wspaniałej stylistyce utrzymanej w duchu pierwszej części całość prezentuje się obłędnie. Co z tego, że to jedno, wielkie CGI jeśli twórcy bawią się brakiem logiki, ignorują fizykę i rozsądek. Sceny walki zostały podniesione do kwadratu. Ilość odciętych kończyn, latających głów i bryzgającej krwi wystarczyła by na wykarmienie wszystkich zombie z The Walking Dead.
Paradoksalnie te latające kończyny tworzą jedno z największych kinowych widowisk jakie można obejrzeć w tym roku i wciągu ostatnich 10 lat. Rozbryzgi krwi chociaż cyfrowe to w 3D powodują opad szczęki. Wszędobylskie slow motion pokazuje dokładnie w jaki sposób coś komuś odpada. Miód!
Wiem, wiem brzmię jak psychopata. Jak dzieciak, który obejrzał pierwszy film gore. Ale wierzcie mi jest na co patrzeć, jest się czym zachwycać. Jeśli taka będzie część trzecia, a że będzie zakończenie mówi nam wprost (no chyba, że kasa się nie będzie zgadzać…) to jest to od razu wskakuje na szczyt najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów. POLECAM!!!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here