UDOSTĘPNIJ
Książka Wayward Pines: Szum wpadła na mojego Kindle bardzo przypadkowo. Nastawiony byłem dość krytycznie, bo z każdej możliwej strony atakowały slogany typu „nowe Twin Peaks”, „klimat jak u Lyncha” i tak dalej. Okładka zawiera notkę na temat osławionego serialu, a nawet autor na wstępie wspomina jak silny na niego wpływ miał ów serial. Dałem książce szansę, a jak wypadła w moich oczach przeczytacie w recenzji. Zapraszam.
 

Wpisując w google tytuł Wayward Pines trafiłem na informacje, że w styczniu 2015 premierę będzie miał serial oparty na książce. W roli głównej wystąpi Matt Dillon, a zaplanowano póki co 10 odcinków. Na bank po niego sięgnę!

Zaczyna się dość sztampowo. Główny bohater budzi się w lesie w granicach małej mieściny, tytułowego Wayward Pines. Nie ma portfela, nie ma ubrania, nie ma nawet pamięci. Jedynie pojedyncze przebłyski pomagają mu podjąć decyzję, co robić dalej.

Na szczęście utrata pamięci to nie motor napędowy historii. Za moment bohater przypomina sobie, że nazywa się Ethan Burke i jest Agentem Specjalnym (tłumacz nie przybliżył nam z jakiej angencji, ale na stronie oficjalnej autora widnieje informacja, że jest to Secret Service), a do miasteczka w stanie Idaho przybył wraz z partnerem w poszukiwaniu zaginionej pary agentów.

Dlaczego wszędzie pada nazwa Twin Peaks? Dlatego, że miasteczko jest równie tajemnicze jak te wykreowane przez Davida Lyncha. Jak to jest, że wszyscy w miasteczku żyją szczęśliwie? Dlaczego jeśli jest festyn to pojawia się każdy mieszkaniec? Wreszcie dlaczego nie można stąd tak po prostu odjechać? Pytań pojawia się dużo, ale w końcu dostajemy na nie odpowiedzi. Mnie one usatysfakcjonowały dużo bardziej niż niektóre konkluzje książek Kinga (tak, piję tutaj do Pod Kopułą, gdzie po 900 stronach dostajemy badziewne metafizyczne rozważanie).
Ostatnio przy recenzji serialu Fargo wspominałem, że uwielbiam klimat małego, amerykańskiego miasteczka. Dlatego kiedyś pokochałem Twin Peaks, które było tak dziwne, że dalej nie wiem o co do końca chodziło. Dlatego pokochałem grę Alan Wake, która pod względem gameplayu była cieniutka, a nadrabiała i to z nawiązką, klimatem. Dlatego też bardzo przypadła mi do gustu omawiana książka. Mimo wielu zastrzeżeń czyta się to bardzo fajnie.
Bliżej poznajemy praktycznie tylko Ethana. Każda inna postać to szablon żywcem wyjęty z miliona książek, seriali i filmów. Dziwna pielęgniarka? Jest! Trzęsący wszystkim szeryf? Jest! Tajemniczy, mówiący zagadkami starszy pan? Jest! Kochająca, samotna żona? Jest!
Tak samo stworzona jest fabuła. Wszystko co się tutaj wydarzyło, gdzieś już widziałem/czytałem. Dostajemy trochę Archiwum X, trochę Deana Koontza, trochę Kinga, trochę akcji rodem z horrorów gore, gdzie wyrzynane są zastępy nastolatków. Niektóre rozwiązania są wręcz żywcem wyjęte ze źródeł inspiracji.
Najciekawsze jest to, że ten miszmasz wyszedł bardzo strawnie i interesująco. Blake Crouch, autor Wayward Pines: Szum zgrabnie wszystko połączył i dodał od siebie bardzo fajne zakończenie. Serio, zakończenie to jedna z najlepszych konkluzji jakie pamiętam od wielu lat. Podobno jest to trylogia, więc z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. Polecam.