UDOSTĘPNIJ
REKLAMA
Długo mi zeszło zanim wziąłem się za ogrywanie YS: Memories of Celceta. Nie otrzymałem egzemplarza do recenzji, a za to wpadło sporo innych gier. Nadszedł na szczęście sezon ogórkowy i można nadrabiać zaległości. Padło na przenośne YS oraz jeszcze jeden tytuł, który posiadam od zakupienia konsolki. Zapraszam do zapoznania się z recenzją.
Adol Christin wychodzi z lasu… Tak po prostu. Wszedł jakiś czas temu i właśnie go opuścił. Problem w tym, że jeszcze nikt z tego lasu nie wrócił. Każda wyprawa kończyła się zaginięciem poszukiwaczy przygód. Adol niestety przeżył tam coś, co spowodowało utratę pamięci. Wraz z kumplem Durenem wyrusza po raz kolejny do lasów Celcety, aby odzyskać wspomnienia. Sztampa, ale ogólnie rzecz biorąc nie jest tak źle. Historia nabiera rumieńców, gdy natrafimy na plemiona zamieszkujące las. Pomijam fakt, że ludzie mieszkający poza lasem jak i ci w nim porozumiewają się tym samym językiem chociaż nie mieli pojęcia o swoim istnieniu. Szczególik. Nie ma tutaj zwrotów akcji i szokujących momentów. Jest to po prostu lekka i przyjemna opowiastka.
Najmocniejszą stroną i tym co nie pozwala oderwać się od ekraniku jest system walki. YS jest przedstawicielem action rpg, gdzie biegamy po rozległych, pokręconych lokacjach i toczymy setki walk w czasie rzeczywistym. Nie ma tu przeskakiwania na oddzielny ekran i turowego zadawania ciosów (co również uwielbiam) lecz wszyscy przeciwnicy widoczni są w lokacji, a zbliżenie się do nich skutkuje atakiem. Ciosy wykonujemy ładując bez opamiętania kwadrat. Trójkąt służy jako garda (wolałbym, aby był to przycisk L), kółkiem zmieniamy aktywną postać (jeśli sterujemy jedną pozostałymi dyryguje AI), a X to unik. Wraz z postępami i rosnącym poziomem trudności zdobywamy specjalne umiejętności, które przypisujemy dowolnie do kombinacji klawiszy R+X/O/[]//. Są to ataki obszarowe, skupiające większą ilość energii i tak dalej. Aa jest jeszcze L, który odpala atak specjalny danej postaci. Wiecie, taki efektowny z dodatkową animacją.

Oprócz głównej osi fabularnej do wykonania czeka szereg questów pobocznych. Nie wiedzieć czemu za ich wykonanie nie otrzymujemy doświadczenia. Jedynie złoto lub przedmiot. Trochę lipa. Zadania same w sobie są dość zróżnicowane. Nie polegają jedynie na zabiciu kilku szczurów czy innych potworów, choć bardzo duża ich część na tym się opiera. Zdarzają się takie perełki jak wydojenie (!?) dzikiej samicy jakiegoś dziwnego rodzaju bydła. Zabawne i zawsze to coś innego.

Rozwój postaci jest trochę rozczarowujący. Statystyki są zaledwie dwie: siła i obrona. Nie mamy na nie większego wpływu, po prostu zwiększają się wraz ze wzrostem poziomu. To samo tyczy się HP. Nie ma drzewka umiejętności, więc jak wspomniałem zdobyte skille po prostu przypisuje się do skrótów.

Opłaca się za to przeszukiwać lokacje. Wielokrotnie napotkamy sytuację, że nie możemy dotrzeć do jakiegoś przedmiotu. Że coś zagradza nam drogę, że nasza postać nie potrafi (jeszcze) nurkować, że nie można rozwalić pękniętej ściany, za którą ewidentnie coś na nas czeka. Daje to fajną mobilizację do backtrackingu na własne życzenie. Nikt nie każe wracać nam po skrzynie ze skarbem gdzieś hen daleko, ale wtedy włącza się myślenie ‚a może będzie tam nowy miecz‚. Ja bardzo chętnie wracałem, bo w większości przypadków się to opłacało.

Na plus trzeba zaliczyć sprawę przedmiotów i craftingu. Z pokonanych wrogów w ramach lootu wypadają surowce. Skóra, liście, kamienie, kawałki metalu i jeszcze masa innych. Miejscy kowale mogą nam przy ich użyciu podnieść level broni (+1, +2, +3…+40…) i dodać do nich dodatkowe efekty takie jak trucizna, paraliż, zmrożenie. Kilka rodzajów surowców można też połączyć i uzyskać coś mocniejszego, lub z zupełnie innymi parametrami. Warto zbierać, warto expić, a potem wykorzystywać to w akcji. Każda większa lokacja skrywa u siebie co najmniej jednego wielkiego mini bossa. Praktycznie zawsze typ (lub jak usłyszałem od idących przede mną dzieciaków – typiara ;)) jest silniejszy od naszej drużyny i trzeba przed nim uciekać. Prawdziwą przyjemność czuje się wtedy, gdy uda się powrócić z dużo większą siłą i nastukać go w 2 minuty.

Grafika, do czego przyzwyczaiły nas gry z Japonii nie robi zbytniego wrażenia. Nie jest, co prawda źle, ale oczekiwałem czegoś ładniejszego. Wiele miejsc jest po prostu wykonane na odwal i odstrasza zamiast przyciągać. W ogóle nie wykorzystano możliwości wspaniałego ekranu Vity i nie pokuszono się o soczyste kolory przyciągające wzrok. Szkoda. Udźwiękowienie również jest dość biedne. Mówionych dialogów jest bardzo mało, przez większość czasu pojawiają się jedynie napisy. Muzyczka natomiast chociaż miało zróżnicowana to bardzo mi się podobała. Pasuje do klimatu i nie drażni uszu.

Dotarłem do końca tej spóźnionej recenzji YS: Memories of Celceta. Na dobrą sprawę gra spełniła moje oczekiwania w stu procentach. Dostałem dosłownie wszystko czego można oczekiwać po jrpg. Zjadliwą historię, kapitalny system walki, masę roboty dodatkowej i średnią grafikę. W lasach Celcety spędziłem około 20 godzin i aż żal, że to już koniec. Polecam!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here