UDOSTĘPNIJ

Na którejś promocji PSN wyczaiłem Castlevania Lords of Shadow: Mirror of Fate HD za 19zł. Skusiłem się, nie znając pierwowzoru wydanego na 3DS. Spędziłem nad nią kilka ostatnich wieczorów w ramach przechodzenia zalegających na dysku gier. W rozwinięciu moje wrażenia.

Fabuła kontynuuje wątki rozpoczęte w świetnym Lords of Shadow i jest łącznikiem pomiędzy wspomnianą ‚jedynką’, a ‚dwójką’. Oryginał stworzony został z myślą o 3DS, ale tam jak wiadomo sprzedaje się zupełnie inny gatunek gier. Ktoś w Konami wpadł na fajny pomysł i tytuł został przeniesiony na konsole stacjonarne. Odpaliłem swoje PS3 i do dzieła.
Zaczynamy zabawę jako Gabriel Belmont – bohater LoS, ale jest to jedynie krótki prolog. Po nim wskakujemy w skórę Simona Belmonta, następnie Alucarda, by na końcu zagrać jako Trevor Belmont. Jak widać po nazwisku wszystkich tych panów łączą więzy rodzinne, a z historii serii wiemy, że ich przeznaczenie jest dość mroczne. Grałem trochę w dawne ‚vanie oraz oczywiście te nowsze, więc znam trochę mitologię stworzoną wokół rodziny Belmontów, ale nie na tyle, żeby się tutaj chwalić.

Fabułę poznajemy z punktu widzenia wymienionych postaci. Pierwsze etapy w skórze Simona są dość enigmatyczne. Po przeskoczeniu do aktu drugiego, gdzie bawimy się postacią Alucarda wszystko zaczyna się rozjaśniać i nabierać kolorów. Strasznie lubię, gdy gry prezentują różne, pozornie nie mające nic ze sobą wspólnego wątki, by później zgrabnie to wszystko połączyć. Autorom Mirror of Fate udało się to zrobić i to naprawdę w dobrym stylu. Jest tajemniczo, jest mrocznie, a akcja prowadzona jest tak, że chcemy dowiedzieć się co będzie dalej.

W przypadku Mirror of Fate mamy do czynienia z dwuwymiarową platformówką/zręcznościówką. Poruszamy się w prawo lub w lewo, a w trakcie tego marszu albo walczymy, albo rozwiązujemy łatwiejsze, lub trudniejsze łamigłówki. Każdy zabity przeciwniki i każda rozwiązana zagadka to punkty doświadczenia. Awansując na kolejny poziom odblokowujemy nowe, z góry narzucone ataki. Zasada jest prosta: jeden level – jeden nowy atak. Nie rozwijamy każdej grywalnej postaci osobno. Levelowanie jest wspólne dla wszystkich. Rozgrywkę Simonem zakończyłem na 7lvl i od tego momentu zacząłem grę Alucardem. Jest to moim zdaniem optymalne rozwiązanie. Dzięki temu gra może podrzucać nam co i rusz trudniejszych przeciwników, a jak wiadomo przy starcie od 1lvl trzeba by farmić na cieniasach.

Zestaw ciosów jest praktycznie identyczny dla całej ekipy. Różni się jedynie kolor poświaty zostawianej przez łańcuch. Inne są natomiast umiejętności i ataki/bronie dodatkowe. Na przykład Simon ma duchową tarczę, Alucard zmienia się w ducha (dym?), a Trevor posiada bumerang. Każdy ma po dwie unikalne umiejętności i bronie. Wystarczająco urozmaica to rozgrywkę.

Plansze mimo, że dwuwymiarowe to są wielopoziomowe. Czasem lokacja potrafi składać się z kilku pięter. I jak to w platformówkach bywa niekiedy potrzeba stalowych nerwów i anielskiej cierpliwości żeby doskoczyć do jakiegoś miejsca, żeby uciec przed czymś, czy ominąć różnego rodzaju zabójcze pułapki.
Jest też sporo backtrackingu, bo wiele lokacji posiada miejsca przejścia, które można otworzyć dopiero po zdobyciu jakiejś umiejętności czy nowej broni. Czasem wracanie do odwiedzonych już miejsc wymusza fabuła, a czasem robimy to z własnej woli, a to dlatego, że poukrywano masę masę ciekawostek, w tym najbardziej pożądane powiększanie paska zdrowia, magii i ilości  przenoszonej amunicji.W późniejszych etapach pojawia się kilka porządnych zagadek. Trzeba nad nimi solidnie pomyśleć, bo nie jest to banalny poziom z God of War (pierwsze co przyszło mi do głowy). Są to zagwozdki, które z powodzeniem mogłyby się znaleźć w grach logicznych i uważam je za wielką zaletę produkcji.

Zaskakująco dużo tutaj bossów. Jest ich naprawdę sporo jak na ten typ rozgrywki. Każdy jest odpowiednio oryginalny, posiada unikalne zdolności i stanowi wyzwanie. Naturalnie na każdego można znaleźć sposób, bo nie wychodzą poza rozrysowany schemat ataków. W moim przypadku padali najczęściej przy trzecim podejściu, więc zbyt trudni nie są.

Kwestii grafiki zbytnio nie będę roztrząsał. Przecież jest to gra ze słabiutkiego technologicznie 3DSa. Podciągnięto to co się dało, wygładzono trochę krawędzi i tyle. Zastrzeżenia mam natomiast do dźwięku. Do końca nie wiem czy to wina samej gry, czy mojego kina domowego. Mianowicie dźwięk przez cały czas był przytłumiony, a w niektórych momentach głośniki irytująco buczały. Przez brak suwaków w opcjach nie mogłem pokombinować z różnymi ustawieniami i musiałem się męczyć z tym brzęczeniem. W innych grach problem nie występuje, więc zakładam, że to wina konwersji.

Castlevania Lords of Shadow: Mirror of Fate HD to kolejne bardzo pozytywne zaskoczenie. Wciągnąłem się bardzo mocno i co najważniejsze bawiłem się świetnie. Przy cenie 19zł (w promocji PSN) jest to znakomity wybór. Czekajcie na nowe promo i kupujcie!