UDOSTĘPNIJ
REKLAMA
Stallone całkiem przypadkiem stworzył serię, na którą czekam z wypiekami na twarzy. Część pierwsza przyniosła ze sobą wspomnienia z lat dzieciństwa. Wszyscy moi bohaterowie w jednym filmie? Coś niesamowitego. Część druga natomiast to kapitalne poczucie humoru i nieprzerwana akcja. Część trzecia Niezniszczalnych nie mogła, po prostu nie mogła być gorsza! Czy na pewno? O tym w rozwinięciu.

Barney Ross (Stallone) wraz ze swoją ekipą uwalniają dawnego człona Niezniszczalnych o ksywie Doc, który dokładnie jak właściciel jego twarzy (Wesley Snipes) siedział w pace. Razem wybierają się na z pozoru zwykłą misję. Na miejscu okazuje się, że w sprawę zamieszanych jest uznany przez wszystkich za trupa Stonebanks (Mel Gibson). Gdy misja okazuje się porażką Barney nie chcąc narażać kolegów rozwiązuje grupę Niezniszczalnych, a do walki ze Stonebanksem angażuje młodych najemników.

Młodzi najemnicy to największy problem tego filmu. Starzy wyjadacze przez długi czas są w odstawce, a w zamian oglądamy bezpłciowych żółtodziobów. Kellan Lutz ze Zmierzchu? Serio? Victor Ortiz, Glen Powell i Ronda Rousey nie wnieśli kompletnie nic. Nowa szkoła miała uzupełniać się ze starą, a przez nieumiejętne połączenie, wzajemnie się wykluczają. Nawet nie zobaczyliśmy zbytnio ich indywidualnych popisów, po prostu zabrali zbyt duży kawał czasu z tych dwóch godzin filmu.

A to z kolei oznacza, że nie starczyło czasu dla większości moich ulubieńców. Statham ma raptem parę zdań, a gdzie jego przekomarzanki ze Stallone’em? Jet Li po prostu stoi lub siedzi w helikopterze. Serio, tak wygląda jego rola. Na plus za to Wesley Snipes, fajnie wpasował się w ekipę. Mel Gibson sprawdza się w roli złego lepiej niż Van Damme. A najbardziej pozytywnym zaskoczeniem okazał się Antonio Banderas i jego Galgo. Gość jest przekomiczny. Non stop zagaduje na śmierć towarzyszy i jest tak zabawnie irytujący, że aż chce mu się przywalić. Świetna postać, ale…

… jest to praktycznie jedyny naprawdę zabawny gość w całym filmie. Oprócz Banderasa przypominają mi się tylko teksty na temat akcentu Stathama oraz zainteresowanie Lungdgrena nowoczesnymi gadżetami. Reszta jest śmiertelnie poważna. Z resztą cały film wydaje się mieć inne podejście do formuły serii. To co ma być pastiszem ktoś chce przekształcić w kino sensacyjne z bohaterami o grobowych wyrazach twarzy. Nie tędy droga.

Akcji też nie ma jakoś specjalnie dużo. Początek jest wybuchowy, później długo, długo nic, aż do kulminacyjnej, trwającej jakieś pół godziny walki. Niestety nie jest tak widowiskowo jak widzieliśmy w poprzedniej odsłonie. Obniżenie kategorii wiekowej i brak krwi kompletnie nie pasują do serii. Poroniony pomysł. A akcjach dominuje chaos i pojedyncze sceny sprawiające wrażenie wyrwanych z różnych filmów. Ktoś jedzie czołgiem, ktoś skacze na motorze, ktoś wspina się po ścianach, ktoś walczy wręcz. Niby wszystko co być powinno, ale brakuje widowiskowości, napięcia, dymu, ognia, wybuchów. Jakoś tak biednie.

Czas na zakończenie. Niezniszczalni III rozczarowują. Wydaje się, jakby ktoś z serii chciał zrobić kolejny tasiemiec dla wszystkich. Po znakomitej ‚dwójce’ kasa zaskoczyła producentów i postanowiono zadbać o nową widownię (stąd taki Lutz). Ja nie tego oczekiwałem i mam nadzieję, że część czwarta zrezygnuje z młodych, a do ekipy dołączą kolejni starzy twardziele.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here