UDOSTĘPNIJ
REKLAMA
Gdy zacząłem oglądać Czystą Krew był to jeden z najciekawszych seriali jakie oferowała telewizja. Bardzo brutalny, pełen nagości, seksu i podlany fajnym humorem. Z czasem telewizja zaczęła oferować co raz ciekawsze propozycje, a True Blood tracił na jakości z sezonu na sezon. Sezon piąty oraz szósty to już męczarnia zarówno dla producentów jak i dla aktorów oraz co najgorsze dla widzów. Finałowy sezon siódmy obejrzałem z sentymentu jednocześnie mając nadzieję, na solidne zakończenie serii. W rozwinięciu recenzja. Uwaga na spoilery.
 
Sezon szósty, który zapowiadał się na wystrzałowy pogubił się już w pierwszych dwóch odcinkach. Zakończenie wątku Billa – boga wampirów było przewidywalne, natomiast ostatnie sceny okazały się zapowiedzią bardzo ciekawych wrogów na sezon finałowy. Wampiry – zombie, bo tak sugerowało zakończenie okazały się osobnikami dopadniętymi przez śmiertelną, dla notabene martwych, chorobę (jak to brzmi…). Chore wampiry i tak miały zginąć, więc postanowiły pożywić się na jak największej liczbie ludzi.

Stąd też miasteczko Bon Temps zostaje zdziesiątkowane, ginie mnóstwo ludzi i wampirów. Już w pierwszych scenach pierwszego odcinka ginie Tara. Była najbardziej irytującą postacią w serialu, ale z drugiej strony pojawiała się w serii od pierwszego odcinka i należały jej się jakieś ważne sceny. A tutaj po prostu siedzi jej matka i trzyma pozostałości po przebitym kołkiem wampirze. I już. Tary nie ma. W jej miejsce dodano jeszcze bardziej irytujący wątek – jej matki. Alkoholiczki, ćpunki z wkurzającym głosem. Mamuśka ma zwidy z Tarą w roli głównej i przewija się to przez co najmniej 7 odcinków. Porażka.

Wątek zarażonych wampirów to niestety rozczarowanie. Liczyłem na jakiegoś charyzmatycznego przeciwnika, który namiesza wśród bohaterów, ale nie doczekałem się. Co prawda trup wśród ważnych dla serii postaci ściele się gęsto, ale są to śmierci mało spektakularne, a nawet bezsensowne. Część z nich zasłużyła na potraktowanie z większym szacunkiem, bo widzowie jednak zżywają się z ulubieńcami.

Alcide nie jest już zdziczałym, brutalnym przywódcą stada wilkołaków, a potulnym szczeniaczkiem wyznającym miłość Sookie. Twórcy nie mieli na niego żadnego, nawet najmniejszego pomysłu. Szkoda. To samo tyczy się Arleene, Andy’ego, Jessiki, Lafayette’a. Nawet Sam, który na zakończenie serii szóstej został burmistrzem odgrywa jakąkolwiek rolę w raptem trzech odcinkach. Później przewija się na planie, aż wreszcie odjeżdża w siną dal. Niesamowite olanie postaci będącej z serią od samego początku.

Karolina Wydra w całej okazałości

Najgłówniejsi z głównych czasu dostali oczywiście dużo, ale nie znaczy, że spożytkowali go tak jak powinni. Bill to już nie bóg wampirów, a Bill słodziaczek, przytulasek. Snuje się wokół, ma jakieś wizje ze swojego życia sprzed przemiany, a później choruje i wszyscy się nad nim użalają. Dosłownie tak wygląda wątek chyba najważniejszego po Sookie bohatera.
Na mały plusik wypada Jason i jego tradycyjne problemy z kobietami. Będąc ze starą wampirzycą Violet (Karolina Wyda) jest całkowicie przez nią zdominowany. Jest śmiesznie, dramatycznie, no i zawsze miło popatrzeć na roznegliżowaną, przepiękną rodaczkę.
Eric (tak nie zginął na końcu szóstego sezonu) i Pam ścigają Sarah Newlin, która może posiadać lek na wirusa, który sama stworzyła. Po drodze mają trochę retrospekcji i wpadają na Yakuzę. Ich wątek zdecydowanie na plus, aczkolwiek w finale jest ich bardzo mało.

Na koniec pozostaje Sookie. Walczy z zarażonymi wampirami, raz się zakochuje, później znów przechodzi rozterki sercowe, interesuje się nią Yakuza, ma wątpliwości co do bycia wróżką i tak dalej. Ani na moment nie boimy się o jej bezpieczeństwo, nie czekamy z wypiekami na twarzy ciąg dalszy jej przygód. Jedna, wielka NUDA.

Finałowy odcinek i dwa go poprzedzające to chyba najnudniejsze epizody w historii serialu. Nie dzieje się tam praktycznie nic. Chodzą, gadają. Ktoś odwiedza kogoś, potem ten ktoś jedzie do kogoś innego i też rozmawiają. Jak Moda na Sukces… Jedna bardzo emocjonalna scena pod koniec finału nie uratowała całości. Wady przyćmiły zalety. Fajnym pomysłem za to był przeskok w czasie na parę ostatnich minut. Dowiadujemy się co dzieje się z głównymi postaciami trzy lata później. Taka łyżeczka miodu w beczce dziegciu.

Czysta Krew żegna się z widzami w żenujący sposób. Autentycznie wstydzę się, że oglądałem ten serial dłużej niż cztery serie. Takiego braku pomysłów nie widziałem już dawno. Może finał nie był aż tak kretyński jak to było w przypadku Dextera lecz niewiele mu brakowało. Jeśli jesteście z serią od początku to chyba trzeba obejrzeć ostatni sezon. A jeśli zastanawiacie się nad tym serialem, to nie wychodźcie dalej niż do czwartej serii. Nie warto.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here