UDOSTĘPNIJ

Mam słabość do gier, które pojawiają się bez szumu. Do gier nie reklamowanych na wszystkich możliwych portalach, we wszystkich gazetach. Do gier jednak docenionych przez pewną grupę ludzi. Stąd moje zainteresowanie Silent Hill Downpour, stąd niedawny zakup Deadly Premonition i stąd wygrzebane w koszu supermarketu za całe 20zł Warhammer 40, 000 Space Marine. Przejście tej dość długiej gry zajęło mi kilka wieczorów. Wrażenia znajdziecie w recenzji.

 
Od razu zaznaczam, że nie znam uniwersum Warhammera. Nigdy nie nasuwałem w osadzone w tym świecie planszówki, nie było mi pod drodze ze znaną serią Dawn of War na PC. Jestem, więc zielony w temacie, ale może to i dobrze. Mogę podejść do gry nie obciążony zbyt dużą wiedzą.

Wcielamy się w Kosmicznego Marine (tytułowy Space Marine) Kapitana Titusa, członka elitarnego oddziału zmodyfikowanych genetycznie żołnierzy. Każdy z nich to prawdziwy madafaka. Do tego stopnia, że pojawienie się trzyosobowego oddziału na terenie wojny potrafi przechylić szalę zwycięstwa. Space Marines zostają wysłani na planetę Graia – przemysłowy świat produkujący olbrzymie tytany. Tytany właśnie są celem atakujących planetę Orków! Tak! W kosmosie również zamieszkują Orkowie. I dokładnie tacy jakich sobie wyobrażamy – zieloni, brzydcy, ubrani w proste zbroje lub biegający w kubraczkach a’la Shrek. Później w akcję mieszają się jeszcze siły chaosu, czyli coś w rodzaju rogatych, piekielnych demonów.
Fabuła jest całkiem fajna. Mamy tajemnicę, mamy zdrady, mamy zwroty akcji. Jak na shooter Space Marine nie ma się czego wstydzić.

Druga sprawa to pomieszanie fantasy z sc-fi. Zaskakująco umieszczenie Orków w kosmosie to świetny pomysł. Znający uniwersum to wiedzą od dawana, dla mnie to nowość. Orkowie nadają się idealnie na mięso armatnie do wykoszenia. Ograłem wiele gier prezentujących zielonych brzydali i dzięki temu od razu poczułem się jak w domu. Nie trzeba się przyzwyczajać do co raz to bardziej wymyślnych, pokracznych kosmitów. To samo tyczy się demonów chaosu. Naprawdę zdaje to egzamin!

Gameplay to typowy trzecioosobowy shooter. Celuj, strzelaj, przeładuj, powtórz. Space Marines posiadają oprócz broni palnej coś odpowiedniego na bardzo bliskie kontakty. Może być to miecz-piła, topór elektryczny, czy wypasiony wielki młot. Co ciekawe każda z broni do walki wręcz posiada inny zestaw ciosów i combosów. Piła jest szybka, ale nie zbyt mocna. Młot jest bardzo mocny, ale wolny, a dodatkowo nie pozwala używać najmocniejszych broni palnych. Wybór arsenału dodaje troszkę losowości do starć, ponieważ przy sobie możemy mieć tylko jedną broń do walki wręcz oraz cztery bronie palne. Jeśli znajdziemy młot to będziemy skazaniu na wskakiwanie wprost w hordy wrogów, a może ich być bardzo, bardzo dużo. Stracimy możliwość ataku z dystansu, bo mając młot nie możemy używać broni dwuręcznych, czyli wszelkiego rodzaju snajperek i strzelb laserowych. Z kolei czasem mając piłę, czy topór wrogów będzie tak dużo, że nie damy rady zastrzelić wszystkich i zatęsknimy za młotem. Kilka razy wybrałem źle i męczyłem się z niektórymi fragmentami po kilka razy.
Wybierając zestaw broni nie wiemy co nas czeka za rogiem, a powrotu już nie ma, ponieważ aktywuje się autosave. Bywa to frustrujące, czasem bardzo, ale ogólnie oceniam to na plus. Ważne, że gra zaskakuje i nie pozwala przewidzieć wszystkiego.

Technicznie nie mam uwag. Grafika dość ładna, płynna. Słabe jest natomiast otoczenie. Akcja toczy się na planecie industrialnej, więc jest szaro, wszędzie pełno ruin i tuneli, przez które trzeba się przedzierać. Krajobraz nie zmienia się przez 3/4 gry i jest to bardzo duży minus.

Podsumowując Warhammer 40, 000 Space Marine to całkiem niezła gra. Dość długa, dość wciągająca i dość miodna. Nigdy nie kupiłbym jej w dzień premiery, ale przy aktualnych cenach warto się zaopatrzyć. 20zł w supermarketach to cena bardzo niska jak na grę na PS3. W tej kategorii cenowej bije na głowę beznadziejnie tragiczne Aliens: Colonial Marines.