UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

⇑ REKLAMA PŁATNEJ USŁUGI⇑



Ubisoft w tym roku zaszalał. Jednego dnia wydał dwie zupełnie inne gry z serii Assassin’s Creed. Oczy całego świata zwrócone były na nextgenowe Unity, które miało być wielką rewolucją, a okazało się jedynie lekką ewolucją i powrotem do klimatu ACII. Na starej generacji pojawił się za to Assassin’s Creed Rogue mający dokończyć wątki amerykańskie i pozwolić nam w końcu zagrać jako Templariusz. Zapraszam do zapoznania się z recenzją.
 

Akcja Rogue plasuje się pomiędzy wydarzeniami z Black Flag, a ACIII. Główny bohater to aktualny asasyn Shay Patrick Cormac. Młodzian jest podopiecznym Achillesa – tego samego, który wyszkolił Connora. Chłopak ma potencjał, by stać się ważnym asasynem i dostaje co raz to bardziej odpowiedzialne zadania. Misja w Europie, która kończy się tragicznie (i bardzo spektakularnie – sami sprawdźcie) uświadamia mu, że asasyni zatracili swoje dawne cele. Walka o pokój będąca od zawsze dewizą bractwa przerodziła się w walkę na wyniszczenie z zakonem templariuszy. Asasyni godzą się na śmierć niewinnych w imię większego (w ich mniemaniu) dobra. Shay się z tym nie zgadza i decyduje się na konfrontację z Mistrzami Zakonu, co również nie kończy się zbyt szczęśliwie. Nietrudno się domyśleć, że Shay dość niedługo spotyka templariuszy i powoli zaczyna zgadzać się z ich ideologią.

Byłem bardzo zaciekawiony jak zostanie przedstawiona ‚ta druga strona’. Dotąd templariuszy w serii znaliśmy jako bezwzględnych, nie liczących się z niczym morderców. Każdy z nich dążył do zdobycia pradawnych artefaktów umożliwiających zdobycie wielkiej władzy i potęgi. Fanatycy mogłoby się wydawać. AC Rogue zmienia trochę nasz pogląd na ich sprawę, ich pobudki. Początek tego mieliśmy już w książce AC Porzuceni, gdzie bohaterem był Haytham Kenway, syn Edwarda z Black Flag i ojciec Connora z ACIII (recenzja tutaj). Rogue jeszcze bardziej to rozbudowuje. Z czasem okazuje się, że argumenty templariuszy wcale nie są idiotyczne i wcale nie zależy im jedynie na przysłowiowej władzy nad światem.
Szkoda tylko, że Shay troszkę zawodzi jako główny bohater. Po zwiastunach miałem nadzieję na bardzo mroczną postać. Kogoś, kto będzie przeciwieństwem Ezio, Edwarda, Connora. Okazuje się, jednak, że mimo posiadania własnego zdania w wielu sprawach, bohater dużo nie różni się od poprzednich protagonistów. Jego niezależność zaciera się im dalej w las. Powoli zmienia się w chłopca na posyłki, posłusznie wykonuje zlecenia, gdy ewidentnie widać, że to co ma zrobić sprowadzi duże kłopoty. Zmarnowany potencjał postaci, ale fabuła bardzo na plus.

Rozgrywka to połączenie najciekawszych elementów Black Flag oraz ACIII. I nic ponadto. Do dyspozycji dostajemy skrawek północnego Atlantyku, gdzie spędzimy trochę czasu. Zaskakująco zimowa sceneria świetnie pasuje do Assassin’s Creed. Wszystkie etapy w zimowym klimacie podobały mi się bardzo.
Obok oceanu mamy znany z ‚trójki’ lecz lekko zmieniony Nowy Jork. Miasto jest wielkie, ale zupełnie nie wykorzystane. Na palcach jednej ręki można policzyć misje główne jakie przyjdzie tam wypełniać. Wydaje się być dorzucone na siłę, żeby jak w każdej grze w serii było co najmniej jedno wielkie miasto.
Wzorem ACIII dostaliśmy też Dolinę Rzeki na amerykańskim pograniczu. Wystarczająco tu miejsca zarówno dla statku jak i na piesze eskapady. Dużo drzew do połażenia, zwierząt do upolowania i znajdziek to wyszukania.Ogólnie patrząc mamy gigantyczny teren do eksplorowania, by wymaksować grę. I znów niestety gra wcale nie zachęca nas do zwiedzania, szukania, rozwiązywania prostych łamigłówek. Do zebrania mamy fragmenty animusa, szanty, skrzynie ze skarbami, skóry zwierząt, diamenty zwiększające zarobki, odnawiamy budynki. Słowem MASA rzeczy do zrobienia, z których nic nie wynika. Bo co nam z zestawu ciuchów podnoszących statystyki jak i tak każdego można pokonać za pomocą przesadzonego arsenału. Brakuje motywacji do tracenia godzin na bezludnych wysepkach czy głębokich jaskiniach. Najgorsze jest to, że i tak tam pływam, zwiedzam, szperam, bo nie lubię zostawiać jakiejś planszy z niedokończonymi sprawami. Narzekam, a i tak nie mogę się oderwać bo sam system jest bardzo, bardzo fajny.

Misje główne są naprawdę fajne. Jak wspomniałem przy Unity, twórcy wzięli sobie do serca ‚oceniaczkę’ z Black Flag i wyeliminowali najbardziej irytujące zadania. Teraz jest zróżnicowanie, niekiedy bardzo widowiskowo. Naprawdę zadowalająco.
Zadania poboczne jak wspomniałem powyżej zabierają wiele godzin, ale nie dają nic w zamian. Oprócz wspomnianych jest zdobywanie fortów na oceanie, likwidowanie osad niewolników na lądzie, obrabianie strzeżonych magazynów z surowcami.
To samo tyczy się Morrigan – statku Shaya. Łajbę możemy mocno rozbudować, co wymaga wiele czasu, wiele abordaży i kupy kasy. Gdy już to zrobimy okazuje się, że nie za bardzo jest gdzie to wykorzystać. Tak jak poprzednio możemy zmierzyć się z legendarnymi statkami i to w zasadzie tyle. Żeby ukończyć linię fabularną statek wcale nie musi być wypasionym okrętem.

Fajnym, bo nowym, pomysłem są ‚odwrócone’ zlecenia zabójstw. Łapiemy gołębia z liścikiem, w którym znajduje się imię celu do zlikwidowania. ALE Shay nie jest asasynem, więc naszym zadaniem jest ochrona celu zakonu. Asasyni kryją się w tłumie, skaczą po dachach, siedzą w krzakach. Trzeba ich wyniuchać i zlikwidować zanim dobiorą się do ochranianej osoby. Super sprawa.

Nowością są łowcy polujący na naszego protagonistę. Łowcy czyli asasyni. Twórcy wykorzystali pomysły z multiplayera z poprzednich odsłon (tutaj brak multi). Wypełniając zadania, czy po prostu podróżując co jakiś czas słyszymy szepty. Oznacza to, że w pobliżu jest ktoś kto chce nas zabić. Aktywując wzrok orła mamy znany z multi radar kierujący nas w stronę przeciwnika. Asasyn może się kryć na dachu, siedzieć na ławce, stać za winklem, kryć się w stogach siana, wozach, krzakach. Może robić dokładnie to co Shay. Rewelka.

Niektórzy narzekają na grafikę. Mi się podoba. Jak na PS3 gra wygląda bardzo dobrze. Dodatkowo w przeciwieństwie do Unity nic nie chrupie, nic nie zwalnia, nikt nie zapada się pod ziemię. Ładnie, szybko i płynnie.

Najważniejsze pytanie to: Unity czy Rogue? Zasadne będzie dopiero, gdy będziecie mieli obie konsole. Jeśli tak, to sprawa nie jest oczywista. Musicie sobie odpowiedzieć na pytanie, czy bardziej podobało wam się ACII z Ezio, czy może Black Flag z Edwardem. Mnie zachwyciła zeszłoroczna odsłona i już zapomniałem o starych asasynach. Unity jest piękne, ale mnie wynudziło. Paryż jest przepiękny, ale w ogólnych rozrachunku mało zróżnicowany i nudny. Dużo lepiej się bawiłem przy Rogue, które postanowiłem sobie splatynować. Różne scenerie, trochę morza, trochę gór, trochę śniegu, trochę lasu i na doczepkę duży Nowy Jork. Ja przymykam oko na niedociągnięcia i płynę dalej zbierać znajdźki, które nic mi nie dadzą 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here