UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

⇑ REKLAMA PŁATNEJ USŁUGI⇑



W październiku serial The Walking Dead powrócił z piątym sezonem. W finale sezonu czwartego grupa zjednoczyła się w Terminusie, który wcale nie okazał się bezpieczną przystanią. Do sezonu czwartego miałem sporo uwag odnośnie konstrukcji odcinków. Większość okazała się zbędnymi fillerami, nagranymi tylko po to żeby dociągnąć do 16 odcinków w sezonie. Twórcy mówili, że wyciągnęli wnioski. Czy im się udało, postaram się odpowiedzieć w recenzji.

Premiera sezonu jak zwykle była bardzo intensywna. Od razu wskoczyliśmy w środek akcji w Terminusie. Mieszkańcy, co było wiadome już od dawna okazali się kanibalami. Grupa naszych bohaterów trzymana w wagonie pociągu została przeznaczona na obiad Garetta i jego ludzi. Sytuacja wydaje się beznadziejna, ale jak to powiedział Rick w ostatniej scenie poprzedniego sezonu „They’re screwing with the wrong people” grupa szybko daje radę wybrnąć z opresji.

Pierwsze trzy odcinki są po prostu świetne. Jest ciągłe zagrożenie, są emocje, wraca Carol. Carol z resztą na przestrzeni dwóch ostatnich sezonów rozwinęła się do bardzo ważnej postaci. Podejmuje bardzo ważne, często bardzo trudne decyzje i na dobrą sprawę przydaje się bardziej niż większość dość sporej grupy.

Niestety po trzech dobrych odcinkach serial wraca do beznadziejnej formuły. Grupa się rozdziela i twórcy popełniają błąd z czwartego sezonu. Kolejne trzy odcinki poświęcone są innym osobom. Jeden skupia się na Beth (tak, dowiemy się co się z nią stało), jeden na Glennie, Maggie podążającymi z Abrahamem Eugenem i Rositą do Waszyngtonu oraz jeden z Darylem i Carol. Każdy z tych odcinków ma w sobie coś ciekawego, ale na litość boską, czemu całe 40 minut skupiać się tylko na kilku osobach? Przecież wątki mogą się ze sobą przeplatać. Widzowie są na tyle inteligentni, że się nie pogubią. Żeby znów zobaczyć Ricka trzeba było czekać cztery tygodnie. Bez sensu.

Inną sprawą jest to, że producenci przestają sobie radzić w szesnastoma odcinkami na sezon. Ewidentnie widać, że dzielenie wątków poszczególnych postaci na pełne odcinki im poświęcone jest grą na czas. Brakuje pomysłów na ciekawe rozwinięcie historii. Serial już dawno rozwiódł się z komiksem,więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby troszkę zaszaleć w przedstawianej historii. Idąc drogą   obraną przez twórców dostajemy 3, może 4 dobre odcinki i 4 zupełnie zbędne.
Cel jest jasny – Rick i jego grupa zmierzają do Waszyngtonu. Za jakiś czas poznamy Jesusa, Ezekiela i pewnie Negana. Czuje tylko, że twórcy będą przeciągać ten moment jak najdłużej się da. Identycznie było w przypadku Gubernatora (zamiast jednego były dwa ataki na więzienie oddzielone 8 dużo nie wnoszącymi odcinkami).

Jak wspomniałem grupa rozrosła się znacznie. Efektem czego jest zupełne pomijanie niektórych postaci. Carl do tej pory kreowany był na następcę Ricka. Podejmował trudno, często kontrowersyjne decyzje i co najważniejsze miał jakiś charakter. W sezonie 5 chłopak praktycznie nie istnieje. Już nie chce chodzić po zapasy, nie chce pomagać ojcu w jego eskapadach. Po prostu robi co ktoś mu karze. Po prostu zniknął. Michonne przez 8 odcinków wypowiada może z 5 zdań. Zawsze była małomówna, ale teraz widzimy ją praktycznie wtedy, gdy ma coś do powiedzenia, czyli prawie wcale. Glenn i Maggie są już praktycznie statystami. Postacie drugoplanowe jak Sasha, Bob i dziewczyna, której imienia nie pamiętam (była z Gubernatorem, a potem przygarnął ją Glenn) również nic nie wnoszą.

Ciekawie za to rozwija się Rick. Gość stał się bezwzględny i bardzo zdecydowany. Wygląda dokładnie jak Shane. A jak pamiętamy Shane zginął między innymi dlatego, że podejmował najcięższe decyzje, poświęcał ludzi, aby tylko zapewnić przetrwanie grupie. Taki staje się teraz Grimes. Nawet twardziel Daryl jest zszokowany postępowaniem kompana. Jak się to dalej rozwinie? Nie wiem, ale potencjał jest.

Trochę ponarzekałem, ale przyznam szczerze, że czekam na drugą część sezonu. Rażą mnie niepotrzebne fillery w trakcie sezonu. Razi podział odcinków na poszczególne postaci. Rażą mnie „złote myśli” co niektórych. Jednak warto oglądać dla Ricka, dla Daryla, Carol. Oni zostali fajnie napisani, widać, że jest na nich pomysł i na prawdę ciekaw jestem co będzie dalej. Mam również nadzieję, że Michonne, Carl i Glenn wrócą do łask twórców i dostaną własne wątki. Serial roku to nie jest, ale i tak warto śledzić.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here