UDOSTĘPNIJ

Gra, która narobiła w branży dużo szumu. Kontrowersje wywołała długość gry szacowana na niecałe 6 godzin oraz brak tryby multiplayer. Bo czy w czasach GTA V, Dragon Age Inkwizycja, Far Cry, które starczają kilkadziesiąt godzin zabawy, wydawanie tak krótkiej gry ma sens? Moje The Order 1886 było dołączone do konsoli, a w rozwinięciu przeczytacie jak wypadło.

Pierwsze co rzuca się w oczy to obłędna grafika! To co zrobiło Ready at Down wydaje się niemożliwe. The Order 1886 kompletnie zatarł granicę pomiędzy znanymi kiedyś wstawkami CGI (filmikami przerywnikowymi), a rozgrywką. Ilość detali i różnych pierdółek w pomieszczeniach jest nie do opisania. Są co prawda też ubogie w szczegóły korytarze w podziemiach i piwnicach, ale gdzie ich nie ma? Prawie każdy shooter musi choć na chwilę przenieść się w jakieś ponure, ciemne zakamarki. Ale gry bohaterowie wyjdą na zewnątrz to szczęka opada. Dosłownie. Do tej pory nie widziałem gry, która by tak sponiewierała moje zmysły. Przez to co widzimy w tle, na drugim, trzecim, nawet dziesiątym planie mój czas gry wynosił co najmniej plus +2h do średniej prze samo gapienie się na otoczenie i trzaskanie screenshotów. W skrócie – Zakon 1886 wygląda CUDOWNIE!

Niestety nie stwierdziłem w opcjach gry zmiany języka na angielski i wybranie polskich napisów. Gra ustawia język zgodnie z ustawieniami konsoli. Jeśli mamy polski interfejs to gra odpali się w całości po polsku. Żeby było po angielsku trzeba zmienić język konsoli, ale wtedy również napisy będą angielskie. Warto jednak podjąć taką decyzję, ponieważ polski dubbing wypada fatalnie. Chociaż główny bohater i kilku innych facetów nie męczą uszu to już postacie kobiecie to prawdziwa „masakracja”. Mógłbym jeszcze przeboleć Igraine, ale Lakshmi to kompletna porażka. Zła intonacja wypowiadanych kwestii, dziwny głos. Brrr. Grajcie po angielsku wtedy docenicie pracę oryginalnych aktorów, a gra dostanie kolejnego plusa. Wtedy też okaże się, że The Order nie tylko wygląda, ale też brzmi!

To nie filmik CGI – tak wygląda gra

Grafika zachwyca, oryginalny dźwięk również. Ale co z resztą? Tytułowy Zakon działa od czasu Króla Artura. Jego członkowie – rycerze zasiadają przy okrągłym stole, a niektórzy z nich żyją od kilkuset lat. Rycerze Zakonu od stuleci walczą z Lykanami (wilkołakami), o istnieniu, których nie ma pojęcia reszta świata. W takim oto klimacie poznajemy fabułę. Klimacie przez wielkie K! Zakochałem się w tym XIX wiecznym Londynie, uwielbiam wynalazki Nikoli Tesli. W ogóle sam pomysł na zakon rycerski w XIX wieku to materiał na rewelacyjną książkę czy film.

Fabuła przedstawia pozornie proste śledztwo, które przeradza się w spisek zakrojony na wielką skalę. Szkoda tylko, że nie ma tutaj pomysłów, które wyróżniłyby fabułę na tle konkurencji. Spisek, tajemnice, zdrady. Fajnie, ale brakuje nieprzewidywalności. Patrzymy na gościa i już wiemy, że to on zdradzi, patrzymy na drugiego i wiemy, że ma jakąś tajemnicę. Niestety.
Historia została przedstawiona w bardzo filmowy sposób, ze wszystkimi zaletami i wadami takiego rozwiązania. Postaci poruszają się i zachowują jak prawdziwi ludzie. Bywa też bardzo widowiskowo. Z drugiej jednak strony mamy zwolnienia akcji. Twórcy chcąc rozwinąć relacje pomiędzy bohaterami zaserwowali miejsca, gdzie nie można biegać, strzelać… w zasadzie nic nie można w nich robić. Tylko iść, rozglądać się i słuchać dialogów. Jest tego po prostu za dużo. Przy, krótkim czasie rozgrywki takich momentów nie powinno być w ogóle. Kilka lat temu Vanquish pokazał jak zrobić czterogodzinną (4!) kampanię, po której nie żałuje się wydanych pieniędzy. Zabrakło szeleństwa, ryzyka i świeżości.

Sama rozgrywka to typowy shooter. Pozornie rozległe lokacje są w zasadzie korytarzami z pięknymi tłami. Czy mi to przeszkadzało? Ani trochę. Strzelanie jest odpowiednio utrudnione przez duży rozrzut broni i całkiem niezłe SI ludzkich przeciwników (o Lykanach za moment). Wrogowie chowają się za osłonami, rzucają granaty. Posiadający shotguny biegną przed siebie, aby skrócić dystans do minimum, a wtedy jeden strzał i wczytanie checkpointa. Same bronie są zróżnicowane, ale jednak zbyt rzadko mamy możliwość postrzelania czymś bardziej fantazyjnym niż broń automatyczna czy sztucer.

Na minus wypadają potyczki z Lykanami. Twórcy starali się oszczędzać swoje stwory, aby spotkania z nimi były trudne i zapadały w pamięć. Niestety trochę to nie wyszło. Walki z wilkołakami toczymy głównie w bliźniaczo podobnych magazynach. Są trudne, ale po czasie można znaleźć niezawodny sposób na załatwienie wszystkich (głównie 3-4 w jednym miejscu) bez straty zdrowia. Trochę zabrakło pomysłów, bo dwie fantastycznie oskryptowane walki to za mało.

Narzekałem na różne elementy od fabuły po sposób prowadzenia kampanii. Gra wydaje się słaba, dokładnie taka jak oceniają ją osoby, które nie grały. Jednak The Order 1886 to bardzo solidny tytuł! Klimat i cały świat przedstawiony pochłonęły mnie całkowicie. Naprawdę nie żałuję ani jednej spędzonej z grą minuty. I bardzo chciałbym zagrać w kontynuację, na co wskazuje fajne, nieco przewrotne zakończenie.
Spójrzmy prawdzie w oczy. Jeśli płytka kosztowałaby 100-120zł to internet byłby pełen zachwytów zamiast hejtu, który widzimy teraz. Oceny byłyby bliskie ideału. Czy warto wydać 250zł? Każdy musi zajrzeć do swojego portfela i odpowiedzieć sobie sam.