UDOSTĘPNIJ
Jak pisałem post niżej. Blog prowadzę dalej, recenzje i teksty pojawiać się będą regularnie. Zaczynam od recenzji filmu, który widziałem już prawie 3 tygodnie temu. Szybcy i Wściekli 7! Wielkim fanem serii raczej nie byłem. Podobała mi się część pierwsza, a kolejne to po prostu widowiskowa rozrywka na deszczowy wieczór. Czy siódma odsłona może czymkolwiek zaskoczyć? O tym w recenzji.

Przyznam, że bardzo miło zaskoczyła mnie końcówka szóstej odsłony. Zakończenie filmu wpisało się idealnie w fragment trzeciego filmu pt. Tokyo Drift będącego swego rodzaju spin offem serii. Śmierć Hana okazała się morderstwem w wykonaniu Deckarda Shaw, czyli brata głównego złego z „szóstki”. Shaw w skórze Jasona Stathama, postanawia zlikwidować grupę odpowiedzialną za kalectwo brata.

Tak wygląda fabuła. Skierowana jest raczej do osób znających poprzednie filmy, a przynajmniej orientujących kto jest kim. Nie doszukujcie się tylko tutaj głębi, rozwijania postaci. Drużyna Torreto to skład, w którym nikt nie wychodzi poza swój szablon. Co z resztą trafnie punktuje Ramsey – nowa bohaterka grana przez znaną z Gry o Tron Missandei. Czarny charakter również niczym nie zaskakuje. Potrafi bez szwanku wypaść z budynku, jako poszukiwany terrorysta spokojnie podróżuje po całym świecie. Jego umiejętności dorównują T1000 z Terminatora 2. Jeśli grupa jest w Kazachstanie (czy tam Azerbejdżanie) to pojawia się Shaw. Jeśli są w Abu Dhabi to pojawia się i Shaw. Jeśli nawet jeżdżą po Los Angeles to tutaj też jest Shaw. Komandos doskonały, przegięty do granic absurdu pod każdym względem. Raz jeszcze zaznaczam, nie szukajcie tutaj ambitnego kina i dobrze napisanych postaci. Najważniejsza jest zabawa i efekciarstwo, a tego nie brakuje.

Akcji jest tutaj tyle, że spokojnie można obdarować dwa inne filmy. Nie ma czasu na logiczne motywowanie działań „rodziny”, gdy pojawia się konwój do obrabowania, gdy trzeba ukraść samochód z 60 piętra wieżowca lub gdy trzeba rozwalić kilka dzielnic LA. Takie są prawa filmów akcji i trzeba do tego podejść ze zrozumieniem. Raz na jakiś czas bardzo lubię obejrzeć coś niewymagającego myślenia i na tym polu Furious 7 sprawdza się znakomicie. Jest bardzo szybko, jest bardzo wybuchowo i bardzo efekciarsko. Ignorując prawa fizyki i inne niepotrzebne pierdoły mamy akcję najwyższych lotów.

Jedyne zastrzeżenia jakie mam to słabe wykorzystanie dość fajnej obsady. Dwayne Johnson ma praktycznie prolog i zakończenie. Ogłaszany powrót Lucasa Blacka z Tokyo Drift trwa… 120 sekund, w tym 30 sekund scen z zakończenie tamtego filmu. Dziwna decyzja, ale czytałem, że Black podpisał kontrakt na odsłony 8 i 9, więc tam pewnie na stałe dołączy do gangu. Główne skrzypce gra Dom Torreto (Vin Diesel), a reszta ma swoje momenty. Błyszczy jak zwykle Roman, czyli Tyrese Gibson bojący się wszystkiego i gadający non stop.

Pozostaje Paul Walker. Tragiczna śmierć aktora wpłynęła na plany producentów i premierę przesunięto o rok. Walker przed śmiercią nagrał sporo scen, a do brakujących zatrudniono jego dwóch braci. Efekt jest taki, że Briana jest sporo mniej w scenach mówionych. Podczas akcji pojawia się często, ale są na tyle szybkie, że nie sposób rozpoznać czy to on czy zastępcy. Myślę, że twórcom udało się wybrnąć z tej nieprzyjemnej sytuacji.
Na pochwałę zasługuje również epilog będący pożegnaniem zarówno postaci Briana jak i Paula. Prosta scena pełna migawek ze wszystkich filmów serii oraz niezwykle wzruszająca scena pomiędzy nim a Dom’em.

Podsumowując Szybcy i Wściekli 7 okazują się najlepszą odsłoną od bardzo długiego czasu. To już zupełnie nowy gatunek, inny charakter produkcji i trudno go porównać z kinem sensacyjnym jakim była część pierwsza. Teraz liczy się tylko akcja, akcja i akcja. I bardzo dobrze, bo filmy akcji ostatnio straciły swoich reprezentantów wśród bluckbusterów. Z przyjemnością obejrzę część 8,9, a nawet 20. Po prostu nie wymagająca wiele od widza rozrywka najwyższych lotów.