UDOSTĘPNIJ

Oczekiwania były gigantyczne. HBO miało wielki problem po dostarczeniu najbardziej klimatycznego serialu ostatnich lat. Hype na drugi sezon Detektywa (True Detective) był tak wielki, że twórcy nie mieli szans sprostać wszystkim oczekiwaniom. Tak uważałem przed premierą, a jakie wrażenia po wczorajszym, pierwszym odcinku? Zapraszam do rozwinięcia.

 

Jeśli śledziliście pojawiające się informacje podczas emisji pierwszego sezonu to wiecie, że tegoroczna odsłona zaoferuje nam zupełnie inne realia, inny czas akcji i nowych bohaterów. Jest to rzadko, o ile w ogóle, wykorzystywany w telewizji pomysł. Fenomenalny pomysł! Mamy pewność, że rozwijana historia to zamknięta, w tych kilku odcinkach, opowieść. Bez otwartych furtek, bez cudem ocalałych postaci i tak dalej. I sprawdza się to wyśmienicie. I pewnie też dlatego rozczarował mnie finał pierwszego sezonu (tutaj recenzja), który na tle całej serii wypadł po prostu nijako. Zabrakło jakiegoś poważniejszego twistu, szokera czy rozmachu. Jasne tytuł to True Detective, co daje do zrozumienia, że scenarzyści trzymają się logiki i chcą jak najwierniej przedstawić pracę detektywów. Tyle, że to telewizja i jeśli chcecie, żeby o waszym serialu mówiło się dużo więcej to musicie zaserwować na koniec coś, co zapadnie w pamięci na długo.
Mała wycieczka do pierwszego sezonu, ale już skupiam się na drugim. Pierwszy odcinek skupia się na przestawieniu postaci. Tym razem bohaterów mamy nieco więcej. Na pierwszy plan wysuwa Ray Velcoro (Colin Farrel), gliniarz po przejściach. Dalej poznajemy Ani Bezzerides (Rachel McAdams), która sprawuje funkcję szeryfa. Paul Woodrugh (Taylor Kitsch) to z kolei młody policjant, ale już weteran wojny. No i jest jeszcze były gangster Frank Semyon (Vince Vaughn) próbujący zrobić coś legalnego i pożytecznego. Jak widać postaci jest sporo, więc samo ich przedstawienie widzom zajęło praktycznie cały godzinny odcinek.
Wszystkich wymienionych łączy tajemnicze morderstwo na autostradzie. Nic o nim nie wiemy, trzeba poczekać do kolejnych odcinków, ale wiadomo już, że bohaterowie będą musieli ze sobą współpracować. To oczywiście stworzy problemy z jurysdykcją, podziałem zadań.
Nie bez znaczenia pozostaną osobiste problemy bohaterów. Każda z głównych postaci ma jakąś przeszłość. Przeszłość, która ich prześladuje i na pewno wpłynie na ich opowieść. Osobiście nie jestem fanem Colina Farrela i po pierwszych castingowych ogłoszeniach byłem rozczarowany. Przez jego aktorskie portfolio zawsze uważałem go za hollywoodzkiego gogusia… ale tutaj mnie zaskoczył. Bardzo pozytywnie zaskoczył. Postać Velcoro jest na ten moment najlepiej przedstawiona. Dowiadujemy się najwięcej o jego przeszłości, o jego powiązaniach z nieodpowiednimi ludźmi i problemach ze sobą. Pośrednio dzięki aparycji skubaniec wypada bardzo wiarygodnie.
Dowiadujemy się też co nieco o pozostałej trójce, ale na ich rozwój przyjdzie czas w kolejnych odcinkach. Wiemy już, że podobnie jak w przypadku Cohle’a i Rusta nikt nie będzie tutaj stróżem prawa o nieskazitelnym życiorysie.
Strona techniczna drugiego sezonu została pozbawiona tego charakterystycznego, zielonkowatego filtru. Teraz jest bardziej normalnie. Czy to wada, czy może zaleta? Trudno powiedzieć. Rozmawiając z kimś o TD na myśl od razu przychodziły te oryginalne zdjęcia. Nie czułem jednak, żeby drugi sezon tracił cokolwiek przez brak tego typu sztuczek.
Co dalej? Pozostało 7 odcinków, które mam nadzieję pokażą pazur. Premiera, podobnie jak półtorej roku temu zauroczyła mnie i od razu przekonała, że co tydzień będę siadał przed telewizorem i z napięciem oczekiwał ciągu dalszego. Jest dobrze, jest też potencjał żeby było jeszcze lepiej. Czy gorzej niż poprzednio? To już zupełnie inny rodzaj opowieści, więc nie da się go bezpośrednio porównać. I dobrze bo Cohle i Rust są nie do przebicia.