UDOSTĘPNIJ
Gdzieś zawisła mi recenzja trzeciego sezonu House of Cards. Zacząłem oglądać, potem pojawił się Daredevil (tutaj recenzja) i kompletnie mnie pochłonął. Wróciłem do Franka, napisałem część tekstu i jakimś trafem nie dokończyłem. Lepiej późno niż wcale.

Zakładam, że osoby czytające ten tekst znają serial. Stąd też tekst zawiera informacje z poprzednich odsłon, bo bez nich ani rusz. Recenzje poprzednich dwóch sezonów znajdziecie tutaj i tutaj.

Frank Underwood dzięki wielu intrygom został wreszcie Prezydentem USA. No nie do końca, ponieważ pełni rolę Prezydenta do kolejnych wyborów, które odbędą się za 18 miesięcy. Frank mający na głowie cały kraj musi walczyć o nominację z ramienia partii, a dopiero później walczyć z kandydatem opozycji. Trzeci sezon skupia się na tym pierwszym zadaniu, czyli zdobyciu nominacji partii Demokratów.

Już w pierwszym odcinku rzuca się w oczy dość poważna zmiana. Prezydent Frank nie działa już na zapleczu, nie tworzy podchodów, nie sabotuje wystąpień i nie zastrasza politycznych przeciwników. Underwood od teraz jest ciągle na świeczniku. O nim piszą gazety, o nim powstaje reportaże telewizyjne. No i ma ostateczne zdanie w najtrudniejszych sporach. Polowanie na terrorystów a’la Homeland, wprowadzanie kontrowersyjnych ustaw i co raz większy bałagan w życiu osobistym zmieniają dość znacznie cały serial.
Z tego też powodu sezon trzeci wydaje się nudniejszy od dwóch poprzednich. Frank zamiast sprowadzać na wszystkich kłopoty, sam musi znaleźć wyjście z co raz większych dołków. Początek serii mnie lekko zawiódł, ale z każdym kolejnym odcinkiem było lepiej. Ostatecznie HoC łapie drugi oddech i nie pozwala się nudzić do ostatniego odcinka.

Najlepszym motywem całego sezonu są stosunki na linii USA – Rosja. Widoczny na powyższym screenie gość po lewej to Victor Petrov (jakby ktoś nie załapał to inicjały od Vladimir Putin), Prezydent Rosji. Petrov przybywa do USA na zaproszenie Franka, aby ustabilizować sytuację na Bliskim Wschodzie. Jest to jawne nawiązanie do dzisiejszej trudnej sytuacji na Ukrainie. Tutaj dyskretny konflikt został napisany kapitalnie. Duża w tym zasługa Larsa Mikkelsena, który w raz z Kevinem Spacey’em tworzy genialny duet. Cięte riposty, dżentelmeńskie uszczypliwości, mowa ciała. Spotkania obu panów to najlepsze sceny w historii tego serialu.

Trochę gorzej wypada wątek Stempera. Ranny po wydarzeniach z finału poprzedniej serii długo dochodzi do siebie, a potem zostaje odstawiony na bok. Wracają jego problemy z alkoholem i w zasadzie tyle do samego finału. Poczynania Douga w finale, rekompensują nam stracony czas z poprzednich odcinków, więc też zbytnio marudził nie będę.

Kolejny mocny punkt tego sezonu to postać Heather Dunbar. Heather zostaje kontrkandydatką Franka w prawyborach. Ma poparcie szefostwa partii, zbiera mocną drużynę doradców i jest szalenie inteligentna. Frank robi wszystko, aby dyskretnie się jej pozbyć, ale babka nie reprezentuje poziomu Russo. Walkę Dunbar z Udnerwoodem o głosy ogląda się z wielkim zaangażowaniem.

Nie wspomniałem nic o Claire, ale nie bójcie się. Żona Franka ma się dobrze, a nawet lepiej. Próbuje swoich sił w polityce, angażuje się w temat tabu, jakim jest molestowanie kobiet w armii, a nawet zasiada w radzie ONZ. Nie cierpiałem tej postaci w pierwszej serii, w drugiej mocno zyskała, a po trzeciej nie wyobrażam sobie serialu bez niej. Świetny wątek.

Tradycyjne podsumowanie będzie krótkie. House of Cards to dalej ten niesamowicie intrygujący serial. W trzecim sezonie mamy nieco inne podejście do tematu. Obserwujemy dużo polityki zagranicznej oraz medialnych sporów, które zastąpiły żonglowanie stanowiskami i szukanie brudów by wyeliminować innych graczy. Za rok może być jeszcze lepiej!