UDOSTĘPNIJ
REKLAMA
Until Dawn dawno temu zostało zapowiedziane jako gra na PS Move dla PS3. Później słuch o niej zaginął, a po premierze PS4 okazało się, że tytuł zostanie przebudowany i wydany jedynie na konsolę nowej generacji. Czy mamy do czynienia z jedną wielką zrzynką, czy może jest to unikalne doświadczenie? Postaram się odpowiedzieć w poniższym tekście.

Ośmioro mniej lub bardziej rozgarniętych nastolatków wyjeżdża do pięknie położonej posiadłości w górach, aby uczcić pamięć ich zmarłych przyjaciółek. Na miejscu okazuje się, że nie są sami, bowiem poluje na nich żądny krwi psychopata. Brzmi znajomo? A jakże! Until Dawn czerpie nie tyle garściami, co wiadrami z niezliczonych niby-horrorów nazywanych potocznie teen slasher. Grając przychodzą na myśl tytuły takie jak: Piła, Piątek 13-tego, Droga bez Powrotu, Zejście, Wzgórza Mają Oczy, Krzyk, Ouija. A to tylko część skojarzeń. Mimo, że solą wspomnianych tytułów jest co raz bardziej wymyślna eksterminacja bohaterów to jednak każdy z nich ma jakiś element unikalny. Ekipie z Supermassive Games udało się wyciągnąć te elementy i zlepić tak, abyśmy mogli emocjonować się do samego końca gry.
Muszę przyznać, że fabuła okazała się szalenie interesująca. Po pierwszej godzinie zabawy spotykamy się z wieloma pozornie odrębnymi wątkami, aby pod koniec zdać sobie sprawę, że wszystko ładnie się połączyło. Oczywiście nie mogę zdradzać za wiele, bo odkrywanie kolejnych tajemnic i łączenie poszlak to znakomita zabawa i grzechem byłyby odebranie wam tej przyjemności. Wiedzcie tylko, że grasujący psychopata to zaledwie zalążek tego, co czeka naszych bohaterów.

Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że Until Dawn jest interaktywnym filmem. To najprawdziwsza gra, a dokładniej ewolucja klasycznych przygodówek. Na konsolach gry point and click zrealizowane są średnio, dlatego jakiś czas temu pojawił się rewolucyjny dla gatunku Heavy Rain autorstwa Davida Cage’a. Z HR wyrosły z kolei uwielbiane, również przeze mnie, produkcje Telltale, gdzie nasza ingerencja w rozgrywkę często sprowadza się do wybrania jednej z kilku opcji dialogowych lub działania jakie ma podjąć bohater. Until Dawn łączy w sobie charakterystyczne dla nich elementy i dzięki temu dostaliśmy w pewnym sensie Opus Magnum tego, trudnego do sklasyfikowania, gatunku.
Rozgrywka bowiem to mieszanka spokojnej eksploracji, szalonych QTE i bardzo ciężkich decyzji. W trakcie zabawy mamy okazję wcielić się w każdego z bohaterów i  przyczynić się do jego przetrwania lub śmierci. Dokładne przeszukiwanie lokacji skutkuje znalezieniem wskazówek rozjaśniających nam wydarzenia z przeszłości lub trafienie na coś, co przyda się w jakimś ważnym momencie. QTE nazwałem szalonymi, a to dlatego, że napięcie podczas tych sekwencji jest bardzo duże. Cały czas towarzyszy nam przeświadczenie, że najmniejszy błąd może poskutkować co najmniej obrażeniami naszej postaci. Oprócz wciskania odpowiednich przycisków geometrycznych raz na jakiś czas musimy nieruchomo trzymać pada, co seryjnie zawalałem. Dużo nie piję, ręce się nie trzęsą, a i tak nie dawałem rady. Gdy nauczyłem się przewidywać kiedy nastąpi ta minigra to odkładałem pada na stolik – dla bezpieczeństwa.

W grze zaimplementowano mechanizm efektu motyla. Wiecie – teoria według której najmniejsza akcja może spowodować wielką reakcję dużo później, w zupełnie innym miejscu. Działa to tak, że w wykonując jakąś czynność, czy podejmując jakąś decyzję na ekranie widzimy ikonkę motyla. Dzięki temu wiemy, że spotkamy się z konsekwencjami tej decyzji za jakiś czas. W pewnym momencie moja postać uzbrojona w maczetę wpadła w pułapkę. Zdecydowałem się nie używać broni do wyswobodzenia i dzięki temu dalej miałem sprawne ostrze. Nie obyło się oczywiście bez skutków ubocznych, ale ciii…
Mechanizm efektu motyla znamy doskonale z gier Telltale. Zawsze, gdy w lewym górnym rogu pojawi się informacja on to zapamięta wiemy, że temat powróci prędzej czy później. Until Dawn wygrywa w tym aspekcie, ponieważ możliwych rozgałęzień jest dużo więcej. Efekt motyla wpływa również na atmosferę w grupie i nastawienie postaci. Więzi pomiędzy bohaterami możemy zacieśnić lub doprowadzić wręcz do nienawiści w grupie. REWELACJA!

Pomiędzy rozdziałami wpadamy na kozetkę do tego pana. Dr. Hill grany przez Petera Stormare (Fargo, Prison Break) ochoczo komentuje nasze dokonania. Potrafi wypomnieć nam niekonsekwencje w tylu gry oraz daje kilka prostych ćwiczeń ćwiczeń. Świetne i mega klimatyczne.

Przyczepić się należy do rozrzuconych po świecie gry totemach. Znaleziony totem pokazuje sekundowa migawkę z przyszłości. Najczęściej dotyczą one śmierci lub poważnego zagrożenia dla naszych podopiecznych. Problem w tym, że totemy nie dają żadnej wiedzy jak tego zagrożenia uniknąć. W pewnym momencie przestałem je zbierać, bo tylko denerwowałem się, że za chwilę dowiem się o śmierci postaci, na której losie zaczęło mi zależeć.

I to chyba najpoważniejszy, jeśli nie jedyny zarzut pod adresem Until Dawn. Tym bardziej, że ta gra wygląda i brzmi niesamowicie. Statyczne ujęcia kamery rodem ze dawnych odsłon Resident Evil i fenomenalna gra świateł robią wspaniałą robotę. Do tego obłędne modele postaci. Twarze bohaterów należą do aktorów podkładających głos i nie są to anonimowe nazwiska. Po wspomnianym wyżej Peterze Stormare pojawiają się: Rami Malek (tytułowy Mr. Robot), Brett Dalton (Ward z Agents of S.H.I.E.L.D.), Jordan Fisher (Noah z Teen Wolf) i Hayden Penettiere (Claire z Heroes). Oscarowa drużyna to nie jest, niemniej do tego klimatu i tej tematyki pasują wręcz idealnie. Największe wrażenie zrobiły na mnie ubrania nastolatków. Takiej szczegółowości i wykonania nie wiedziałem jeszcze w ŻADNEJ grze. Kurtki, bluzy, czapki jeansy… Na screenach tego nie wiedać, więc musicie uwierzyć na słowo. Tego jeszcze nie było.

Jak każda gra ekskluzywna na konsole Sony mamy do czynienia z pełną lokalizacją. W polskiej wersji wzięły udział między innymi Ola Szwed i Marta Wierzbicka (próbki dubbingu tutaj). Dobrze, że polska wersja jest, ale ja konsekwentnie namawiam do grania z oryginalnym audio z włączonymi polskimi napisami. Tym bardziej, że aktorzy po prostu grali swoje role, a nie podkładali głos. Na szczęście nie trzeba zmieniać języka XMB, aby grać w oryginale (jak było w Killzone Shadow Fall i The Order 1886), a wystarczy poklikać w opcjach. Warto wspomnieć, że fajnie przetłumaczono niektóre teksty i idiomy (szczególnie podczas kłótni), by brzmiały bardziej swojsko.

Na koniec tradycyjnie sprawdźmy stosunek jakości do ceny. 250 zł czyli około trzykrotnie więcej niż w przypadku epizodycznych tytułów od Telltale. Brzmi przerażająco, wiem. Patrząc jednak na jakość mamy tutaj przepaść na korzyść Until Dawn. Jest to 10 godzin rewelacyjnej, pełnej emocji zabawy zachęcającej do ponownego przechodzenia, szukania znajdziek i odkrywania nowych wątków. Po dwóch ukończeniach wcale nie ma dość i jeszcze powrócę do domku w górach, aby rozwiązać wszystkie tajemnice. Może to i horror klasy B, ale za to gra klasy AAA! ZDECYDOWANIE POLECAM!

Egzemplarz do recenzji udostępił SCEP

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here