UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

⇑ REKLAMA PŁATNEJ USŁUGI⇑



Wreszcie jest! Kolejna książka z uniwersum The Walking Dead. Tym razem Jay Bonansinga dostał wolną rękę i całość jest jedynie firmowana nazwiskiem Kirkmana. Czy to źle, czy może wręcz przeciwnie? Przeczytacie w tekście. Zapraszam.

twd-zejscie-okladka-front-1000pxThe Walking Dead: Zejście w porównaniu do poprzednich książek zdaje egzamin zarówno jako spin off komiksu, jak i serialu. Pod pewnymi warunkami oczywiście. Po pierwsze i chyba najważniejsze komiksowy i serialowy Bob Stokey to dwie zupełnie inne osoby. Obydwu łączy słabość do alkoholu, ale dzieli wiek, kolor skóry i ujmijmy to – status. Komiksowy Bob jest dużo starszy, jest biały i co najważniejsze żyje.
Druga sprawa to Lilly Caul. Jest to już czwarta książka, w której spotykamy tę postać i nie ma ona zbyt wiele wspólnego ze spotkaną w czwartym sezonie łatwowierną dziewczyną Gubernatora. Z resztą pierwsze odcinki czwartej serii pomieszały wątki serialowe z pierwszą książką pt. „Narodziny Gubernatora”, co trochę pokręciło w głowie mi i zapewne wielu innym fanom.Z powyższą wiedzą niezależnie czy czytacie komiks czy oglądacie serial AMC możecie spokojnie zasiąść do lektury, ponieważ wątek Lilly w obu przypadkach zakończony został bardzo podobnie.

Porównanie komiksowego i serialowego Boba

Zejście rozpoczyna się niedługo po bitwie o więzienie i Upadku Gubernatora. Lilly Caul wraz z liczącą około 30 osób grupką powraca do Woodbury, aby raz jeszcze odbudować społeczność. Dziewczyna została nieformalnym przywódcą miasteczka i mimo pozornej demokracji, każdy ostatecznie pyta ją o pozwolenie.  Spokój nie trwa zbyt długo, ponieważ zwiadowcy trafiają na największa hordę zombie z jaką się spotkali. Truposze jak nigdy dotąd wydają zorganizowani i prą niczym rzeka w stronę Woodbury.

Sam temat gigantycznej hordy wydaje się materiałem na całą książkę. W tym jednak przypadku jest to zaledwie jeden z wątków. Bob przypadkowo odkrywa sieć tuneli prowadzących wiele kilometrów poza miasto, do miasteczka dociera bardzo specyficzna rodzina, a także mieszkańcy postanawiają przyjąć prowadzoną nową grupę ocalałych prowadzoną przez gładko zjednującego sobie ludzi kaznodzieję. Co jest wątkiem głównym musicie dowiedzieć się sami, ale podczas lektury zadacie sobie pytanie czy tytuł „Żywe Trupy” mówi o zombie, czy o tym co stało się z ludzkością.

Akcja cały czas pędzi do przodu, praktycznie nie ma czasu na głębszy oddech. Znajdziemy też tutaj „fabularne fillery (zapychacze nie wpływające na wątek główny), ale nie dało się tego uniknąć ze względu na tematykę. Przecież co jakiś czas zombie musi wyskoczyć „znikąd” i zasiać trochę paniki w szeregach bohaterów. Nie?

Parę słów o bohaterach. W serialu męczy mnie ciągłe kombinowanie z charakterami niektórych postaci. W każdym sezonie twórcy eksperymentują z bohaterami zmieniając ich podejście do problemów. Najbardziej widoczne jest to w przypadku Ricka, który zmienia się „zero-jedynkowo” praktycznie w każdej serii. Na szczęście Jay Bonansinga bierze przykład z Kirkmana i dzięki temu widzimy jak Lilly i Bob ewoluują na przestrzeni kolejnych książek. To nie jest jasny podział typu: wczoraj kochająca dziewczyna, dzisiaj bezwzględna suka. Dwójka głównych bohaterów przeszła bardzo dużo, aby znaleźć się w tym miejscu, a dzięki temu ich przemiana jest bardzo wiarygodna.
Szkoda jedynie, że ilość znaczących postaci jest znikoma. Oprócz wspomnianej dwójki pojawia się raptem parę wymienionych z nazwiska starych i nowych mieszkańców Woodbury. Z tej garstki ledwie z pięć ma znaczenie dla fabuły. Nie liczyłem na przedstawienie całego miasteczka, jak to bywa w przypadku Kinga, ale poszerzenie obsady byłoby mile widziane.

Fanów serialu może zaskoczyć język. Dialogi są bardzo wulgarne, a przekleństwa robią tutaj za przecinki. Tak już jest z amerykańskimi serialami – można wypruwać flaki, obcinać głowy, ale po dwóch „fakach” trzeba zmieniać godziny emisji. Drodzy „serialowcy” wiedzcie, że komiks The Walking Dead był taki od zawsze i pewnie zawsze taki zostanie. Przeczytałem już sagę z Neganem i kilka przekleństw nie robi na mnie wrażenia. Poniżej mały przykład 🙂 Ciekawe jak przeniosą tę postać do serialu…

Jeśli zadajecie sobie pytanie czy wydać parę złotych na The Walking Dead. Zejście to nie zastanawiajcie się dłużej. Interesując się tą pozycją na pewno jesteście fanami komiksu lub, co bardziej prawdopodobne, serialu. Niezależnie, po której stajecie stronie będziecie usatysfakcjonowani. Jay Bonansinga dostał swoją grupę bohaterów, którą bez obawy o zgodność z materiałem źródłowym może w przyszłości wystawiać na jeszcze większe zagrożenia. Na co bardzo mocno liczę! Polecam.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here