UDOSTĘPNIJ

Po kilkumiesięcznej przerwie powraca The Walking Dead. Zakończenie nie było może mocno szokujące, ale interesująco nawiązało do kolejnych wydarzeń. Jak wyszła dłuższa niż zwykle premiera sezonu? O tym niżej. Uwaga na spoilery.

Odcinek zaczyna się w samym środku akcji w kamieniołomie. Rick i reszta mieszkańców Alexandrii szykują się do konfrontacji z przeolbrzymią hordą zombie. Okazuje się bowiem, że niedotknięci przez zarazę rezydenci osiedla nie napotkali wielu szwędaczy, bo ci utknęli w głębokim kamieniołomie. Horda jest tak wielka, że lada moment wydostanie się z wąwozu i przesunie się w stronę Alexandrii. Siejący postrach wśród mieszkańców Rick obmyśla plan jak skierować hordę w zupełnie inną stronę.

W międzyczasie obserwujemy retrospekcje z wydarzeń od zakończenia poprzedniego sezonu (recenzja tutaj) do aktualnych wydarzeń. Wspominki są czarno-białe co miało chyba łopatologicznie podkreślać „to było wczoraj, to nie dzisiaj”. Czy był to dobry pomysł? W zasadzie zupełnie niepotrzebny. Epizod nie straciłby nic gdyby akcję przedstawić chronologicznie. Widać, że twórcy eksperymentują z formułą i niech im będzie. Retrospekcje potrzebne nie były, ale też nie wpłynęły negatywnie na odbiór całości.

Rick dalej pogrąża się w swoim świecie. Twórcy dalej brną w jego dziwne decyzje. Pilot sezonu zarysowuje ewentualny przyszły konflikt z Darylem i raczej pewną potyczkę z Morganem i Michonne, która przestaje wierzyć w metody szeryfa. Czy jest to potrzebne? Wolałbym, aby scenarzyści skupili się na wspólnym wrogu niż tworzyli rozłamy w drużynie.

Początek 6. sezonu The Walking Dead jest całkiem niezły. Dzieje się dużo, przez ekran przewijają się tysiące zombiaków, a ich charakteryzacja do dalej majstersztyk. Co będzie dalej? Trudno powiedzieć. Zakończenie odcinka sugeruje, że kolejny będzie dotyczył postaci, które nie wyruszyły na misję, czyli TWD wróci do powtarzanej od trzeciej serii formuły sztucznie wydłużającej serial. Za tydzień się przekonamy.