UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

↑ REKLAMA ↑


Po trzech tygodniach gry z doskoku udało mi się ukończyć Resident Evil Zero HD Remaster na PS4. Jest  to chyba jedyna odsłona RE, z którą nie spotkałem się wcześniej. Czekałem na niego dużo bardziej niż na odświeżoną jedynkę, ponieważ nie wiedziałem czego się spodziewać. Najpierw jednak nagrany przeze mnie gameplay z pierwszej lokacji w grze – pociągu:

Jak wspomniałem Resident Evil Zero jest fabularnym prequelem serii. Akcja ma miejsce jakiś czas przed wydarzeniami w rezydencji w okolicach Racoon City. Biorąca udział w swojej pierwszej misji w szeregach S.T.A.R.S. Rebecca przez nieszczęśliwy rozwój wypadków zostaje odseparowana od swojego oddziału. Szybko trafia opuszczonego przez ludzi luksusowego pociągu, a tam poznaje skazanego za zamordowanie 25 osób Billy’ego. Dwójka bohaterów musi ze sobą współpracować, aby stawić czoło zombie i mieć szanse na przeżycie.

Fabuła jak wiadomo nigdy nie była najsilniejszą stroną gier o zombie od Capcopmu. Tym razem jest podobnie. Mamy banalną, ograną do bólu i bliźniaczo podobną do starych odsłon historię. Zwroty akcji są naciągane do granic możliwości, a finał opowieści niewiele różni się od konkluzji RE1, RE2 i RE3.

Dwójka głównych bohaterów to wzory tak idealnie wycięte z szablonu, że dosłownie wiemy co za chwilę powiedzą i jaką minę zrobią. Czy to duży minus? Moim zdaniem nie. Durni i zupełnie bezpłciowi bohaterowie to znak rozpoznawczy RE i dokładnie to czego się spodziewałem, a jeśli ktoś liczył na coś więcej to śmiem założyć, że zupełnie nie zna serii. Rebecca i Billy mają swoje tajemnice, których wyjawienie jest tak kretyńsko zrealizowane, że nie wiadomo czy śmiać się czy płakać.

To co świadczyło o wyjątkowości Resident Evil to świetny klimat i rewelacyjna rozgrywka. I tutaj Resident Evil 0 świetnie wpisuje się w tradycję. Co ciekawe, zamiast dwóch kampanii a’la RE2, czy przeskoków pomiędzy bohaterami jak w RE3 Billy i Rebecca większość czasu spędzają razem. Można powiedzieć, że to taki protoplasta kooperacji, która implementowana była z powodzeniem w RE4, RE5 i RE6. Oboje potrafią strzelać, natomiast Billy robi to nieco lepiej. Nie mam na to żadnych dowodów, ale trafienia krytyczne częściej zdarzały się, gdy to on strzelał. Billy jest też mocniejszy fizycznie i trudniej go ubić. A Rebecca? Dziewczyna jak medyk potrafi miksować klasyczne zioła (Green Herb, Red Herb, Blue Herb), a także potrafi się zmieścić w niedostępne dla przypakowanego kolegi miejsca.

Co jakiś czas musimy się rozdzielić, ale praktycznie w każdym momencie wciskając trójkąt możemy przełączyć się na drugą postać. Wymagających współpracy zagadek jest bardzo mało i są to proste rzeczy typu – stań na podnośniku, a ja włączę przycisk. O dziwo jest to spory powiew świeżości w utartych wcześniej schematach Capcomu. Dwójka nie musi być nierozłączna, ponieważ niektóre lokacje łatwiej sprawdzać w pojedynkę. W tym celu z opcji wybieramy „solo” i zarówno Rebeccą jak i Billym sterujemy osobiście. Swoją drogą tuż przed walką z ostatnim bossem odkryłem, że za pomocą touchpada DS4 można rozdzielić się i połączyć bez konieczności przełączania w opcjach. Trochę poniewaczasie.

Niestety walki z bossami całkowicie pokpiono. Wielki skorpion, gigantyczny nietoperz, czy stonoga to totalna porażka. Taktyka na każdego jest identyczna – weź mocną broń i naparzaj aż włączy się scenka przerywnikowa. Jedynie pod koniec gry pojawia się konkretniejszy przeciwnik, którego niestety pokonamy tak samo. Jest to spore rozczarowanie biorąc pod uwagę, że do dyspozycji mamy dwie postaci. Można było wykombinować starcia wymagające współpracy. Szkoda.

Najbardziej kontrowersyjna zmiana względem klasycznych odsłon to zupełna rezygnacja ze skrzyń, w których mogliśmy przechowywać swoje przedmioty. Skrzynie z pełną zawartością (niczym w RPG) pojawiały się w miejscach zapisu i spokojnie mogliśmy wertować zawartość. RE0 natomiast proponuje coś nowego. Billy i Rebecca mają po 6 miejsc w ekwipunku i… to wszystko. Wszystkie przedmioty, które stanowią nadwyżkę musimy porzucić w takim miejscu, aby łatwo było po nie wrócić.
Na początku wywołało to u mnie dużą frustrację, bo nie wyobrażałem sobie jak mam spamiętać miejsca, w których zostawiłem miksturę leczącą lub paczkę amunicji. Po jakimś jednak czasie odkryłem, że mapa pokazuje położenie przedmiotów i spokojnie można rozplanować, gdzie coś zostawić, aby później było szybciej. System choć czasem denerwujący sprawdza się w praniu i daje trochę do myślenia.

Nie da się jednak ukryć, że to sztuczne wydłużanie czasu i zawyżanie poziomu trudności. Licznik po przejściu pokazał mi czas 8:12, a zakładam, że jakieś 3 godziny straciłem na kombinację z przedmiotami i powtórki, gdy trafiłem na bossa z podręcznym pistoletem w ręku. Swoją drogą udało mi się pokonać jednego mając 3 naboje w shotgunie i zwykły pistolet 🙂

Technicznie gra wygląda jak – hmm, odświeżona gra z 2002 roku? Statyczne tła, które kiedyś wydawały się fotorealistyczne po zremasterowaniu nie tracą swojego uroku. Ładne, szczegółowe pomieszczenia pociągu, rezydencji czy nawet laboratoria robią bardzo dobre wrażenie. Miejsca, w których mamy do czynienia z jakąkolwiek animacją wyglądają już dużo gorzej, ale nikt nie mówił, że to remake…

Resident Evil Zero HD Remaster to tylko i aż kolejny Resident. „Tylko„, ponieważ nie zmienia w żaden istotny sposób wyobrażeń o serii. Wprowadzone zmiany są znaczne, ale wydźwięk ten sam. A „aż” dlatego, że takich właśnie Residentów chcemy. Takich powrotów do przeszłości potrzebujemy. Capcom aktualnie dłubie przy Resident Evil 2 Remake. Jaki mają pomysł – nie wiadomo. Mam jednak nadzieję, że po premierach zeszłorocznego RE1 i recenzowanego RE0 i odzewie społeczności przemyślą swoją koncepcję raz jeszcze. Tymczasem POLECAM Resident Evil 0!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here