UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

⇑ REKLAMA PŁATNEJ USŁUGI⇑



W Wielkanocny poniedziałek obejrzałem przedpremierowy pokaz filmu Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości. Czy fabuła nie zawodzi, czy aktorzy dają radę i czy tytułowy konflikt to coś więcej niż chwyt marketingowy? Przeczytacie o tym w poniższej recenzji.

Otwierająca film sekwencja powraca do końcówki filmu Człowiek ze Stali. Podczas, gdy Superman walczył na śmierć i życie z Kryptończykami w Metropolis pojawił się Bruce Wayne. Pomysł ukazania walki z innej perspektywy jest rewelacyjny. Wayne będąc świadkiem walki widzi walące się budynki, umierających wokół ludzi i ogólny chaos tym spowodowany. Jest to najczęściej pomijany wątek w kinie superbohaterskim, ponieważ nikt nie chce pokazać jaki wpływ na cywilów ma pojedynek w centrum miasta (przypomnijcie sobie Avengers i bitwę o Nowy Jork).  I to właśnie doświadczenie jest zalążkiem tytułowego konfliktu.

No dobra, ale czym jest ten film. Czy to sequel Człowieka ze Stali, czy wstęp do Ligii Sprawiedliwości, czy może restartem historii Batmana? Na dobrą sprawę wszystkim po trochu, co może okazać się zbyt dużą mieszanką dla osób nie znających uniwersum DC. Mamy kontynuację historii Supermana, którego zaczynają dosięgać konsekwencje swoich czynów. Poznajemy nowego Batmana, który po 20 latach „pracy” w Gotham jest człowiekiem zupełnie innym niż znany nam do tej pory Mroczny Rycerz. Jest też Wonder Woman i epizod z Flashem, Aquamanem oraz Cyborgiem, których lepiej poznamy w kolejnych filmach. Na szczęście wątek Ligii Sprawiedliwości nie jest nachalny i nie mota w fabule tak bardzo jak nawiązania do przyszłych filmów w Avengers: Czas Ultrona.

batman-vs-superman-ew-pics-5

Dużo więcej czasu (co mnie bardzo cieszy) dostaje Batman. Nietoperz w wykonaniu Afflecka okazuje się najlepszą wersją tej postaci w jego bogatej kinowej historii. Mściciel z Gotham, jak nazywają go gazety robi porządki w swoim mieście od 20 lat, więc nie jest żółtodziobem ślepo wierzącym w możliwość nawrócenia na dobrą drogę nawet najbardziej pokręconych przestępców. I tak, Batman przekroczył tą magiczną, superbohaterską granicę – zabijał już ludzi. I dalej zabija! Jest przy tym bardzo brutalny i zdecydowany. Wspiera go dużo nowocześniejszy Alfred w postaci Jeremy’ego Ironsa, który oprócz zajmowania się posiadłością pełni też rolę Luciusa Foxa. Niewątpliwym plusem postaci granej przez Afflecka jest kapitalnie dobrany głos Mrocznego Rycerza. Bale z tryglogii Nolana brzmi przy nim jak kabareciarz parodiujący Batmana…

Superman przy Batmanie wypada blado. Harcerzyk średnio wpasowuje się w poważny, mroczny ton filmu. Aż do pewnego, fantastycznego twistu fabularnego mogłoby go w ogóle nie być. Postać herosa w czerwonej pelerynie ratuje Lex Luthor (rewelacyjny Jesse Eisenberg), który dzięki swoim planom stawia go w ekstremalnych sytuacjach. Supermana hamuje (identycznie jak w Człowieku ze Stali) irytująca i wszędobylska Lois Lane (Amy Adams). Scenarzyści za wszelką cenę chcieli dać jej jakiś wątek i niestety są to najsłabsze fragmenty filmu.

batman-v-superman-dawn-of-justice-official-final-trailer-0A jak wypada zapowiadany wielki pojedynek? REWELACYJNIE! Naturalnie nie przedstawię żadnych spoilerów odnośnie starcia herosów, ale mogę uspokoić wszystkich niedowiarków. Jest widowiskowo, bardzo wybuchowo i emocjonująco. EPICKO!

Dużo słabiej wypada Doomsday. Niestety. Pojedynek ze stworem jest mocno przegięty, a na dobrą sprawę mogłoby go w ogóle nie być. Film spokojnie obroniłby się, gdyby to Luthor był głównym antagonistą, a tak mamy walkę z fajerwerkami rodem z Dragon Balla, co kompletnie nie pasuje do wydźwięku poważnej i mrocznej pozostałej części filmu.

9sDH8p0

W przypadku Doomsday’a najbardziej rzuca się w oczy inny problem filmu – montaż. Widowisko trwa 2,5 godziny, a i tak wydaje się, że wiele scen zostało brutalnie pociętych. W finałowym pojedynku sytuacja zmienia się w prędkością typową dla teledysku. Atak, obrona, zwrot akcji, powtórz. Czuję, że w rzeczywistości ten pojedynek był co najmniej dwa razy dłuższy. Wytłumaczenie widzom unikalnych zdolności Doomsday’a zajęło jakieś 15 sekund bez skupiania się na takich „szczególikach” jak po co i dlaczego

Problem z montażem przewija się przez cały seans w różnych momentach. Niektóre sceny wydają się kompletnie nie mieć sensu i naprawdę trzeba natrudzić się, żeby we wszystkim się połapać. Akcja potrafi przeskakiwać pomiędzy miastami bez większego uzasadnienia. Pewne rzeczy trzeba sobie dopowiadać, a inne tłumaczono tak skrupulatnie, że przedszkolaki zrozumieją już w połowie. Wierzę, że pierwotna wersja filmu była dokładniejsza, ale z przyczyn marketingowych nakazano skrócić czas. Pewnie dopiero wydanie BluRay z rozbudowaną, 30 minut dłuższą wersją filmu i kategorią wiekową R poukłada to w jedyny słuszny sposób.

Nie mając wielkich oczekiwań z kina wyszedłem bardzo zadowolony. Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości zgrabnie uzasadnia i obrazuje konflikt dwóch ikonicznych postaci DC. Mamy fantastycznego Batmana, zjawiskową Wonder Woman, trochę mniej „super” Supermana i bardzo oryginalne spojrzenie na Lexa Luthora. Zawodzi co prawda Doomsday i widać miejscami realizacyjny chaos, ale w ogólnym rozrachunku warto obejrzeć! W sierpniu Suicide Squad, więc kinowe uniwersum DC na dobre wchodzi do naszej świadomości.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here