UDOSTĘPNIJ

 Szósty sezon The Walking Dead dobiegł końca. Sezon, w którym działo się bardzo dużo (tutaj moje spoilerowe recenzje poprzednich odcinków -> 6×01, 6×03, 6×04, 6×08, 6×09). Recenzja całego sezonu wkrótce, natomiast dzisiaj, na gorąco wrażenia z finału, w którym miał pojawić się wyczekiwany od dawna Negan! Tekst oczywiście zawiera spoilery z finałowego odcinka.

Finał z reklamami trwa około półtorej godziny, a rzeczywisty czas trwania to około 65 minut. Przez cały odcinek śledzimy dwa zupełnie inne wątki, więc pozwólcie, że zacznę od tego nudniejszego.

Jest to niestety wątek Carol. Postać, która od czasu pobytu w więzieniu wyrosła na najlepszą bohaterkę serialu w ostatnich odcinkach zaliczyła dużą, 5-things-we-learned-from-the-walking-dead-episode-6-15-east-908429bardzo negatywną zmianę. Była osobą, która najlepiej rozumiała nową rzeczywistość i prawa rządzące światem po epidemii. I ktoś niestety wpadł na pomysł, aby dopadły ją wyrzuty sumienia. Stąd po raz kolejny opuściła grupę i wpadła na Zbawców. Cała akcja z gościem ocalałym ze strzelaniny była maksymalnie przewidywalna i tak też się zakończyła. Jedyny pozytyw tego wątku to pojawienie się gości z trzeciej osady, o której widzowie jeszcze nie słyszeli – Kingdom, co z kolei zwiastuje serialowy debiut Ezekiela (w komiksach chodził z oswojonym tygrysem o imieniu Shiva). Wyobrażam sobie, że sezon 7. przyniesie kilka odcinków, gdzie Morgan z Carol odegrają dużą rolę przy tworzeniu koalicji wszystkich osad przeciw Neganowi.

Druga, dużo ważniejsza część odcinka to podróż grupy do osady Jezusa – Wzgórza (Hilltop). Maggie, która zachorowała musi szybko dostać do lekarza i sprzętu medycznego jaki posiada Hilltop, więc Rick razem z grupą zaufanych osób ładują się do campera i wyruszają w trasę. Po drodze trafiają na sporą grupę Zbawców, którzy nie są skorzy do walki, ale też nie chcą przepuścić ich dalej. Obranie innej drogi kończy się kolejną blokadą i powoli staje się jasne, że Zbawcy bawią z Rickiem w kotka i myszkę.

Pomysł ze stopniowym osaczaniem grupy jest świetny pomijając oczywiście fakt, że zorganizowanie tylu blokad wymagałoby zbyt wiele czasu zachodu… Z każdą kolejną sceną napięcie stopniowo rosło i szybko stało się jasne, że wszystkie drogi prowadzą tylko w jedno miejsce. Do Negana!

Już pierwsze pojawienie się gwiazdy odcinka pokazało, że casting wygrał bardzo dobry kandydat. Jeffrey Dean Morgan odrobił pracę domową i zaprezentował fantastycznie odwzorowanego Negana. To zupełnie inna półka niż serialowy, mocno ugrzeczniony Gubernator. Niestety prawa telewizji są jakie są i pełen fucków język Negana musiał być złagodzony. Nie twierdzę, że jestem fanem wpychania wszędzie wiązanek rodem z Psów, ale w komiksach było to coś, co charakteryzowało każde pojawienie się wielkiego N.

Zanim Negan pojawił się na ekranie Rick i towarzysze (Maggie, Abraham, Carl, Eugene Aaron i Sasha) zostali zagnanie w kozi róg i obezwładnieni. Zbawcy szybko dorzucili do nich rannego Daryla, Michonne, Rositę i Glenna. W takim oto składzie odegrano ikoniczną scenę z komiksu. Klęczący, bezbronni i zrezygnowani bohaterowie, a wokół mnóstwo ludzi Negana.

The-Walking-Dead-Negan

Całe ostatnie 15 minut finału to niesamowite budowanie emocji. Monolog Negana pokazał z jednej strony jego szaleństwo, a z drugiej nieprzeciętną inteligencję. Zrealizowano to bardzo klimatycznie i od początku było widać, że tym razem nikt nie przyjdzie z pomocą.

Trochę rozczarowany jestem słabym wykorzystaniem Lucille, czyli owiniętego drutem kolczastym kija baseballowego Negana. Negan tylko raz od niechcenia rzuca to imię, a dalej po prostu nim macha. Zabrakło tej chorej czułości z jaką mówi o Lucille, co jeszcze bardziej podkreśla jego obłęd. Mam nadzieję, że kij stanie się ważniejszym „graczem” w przyszłym sezonie.

Na wielki plus należy zaliczyć wykorzystanie tekstów z komiksu. W trakcie swojego wywodu Negan kilkukrotnie używa kwestii z opowieści graficznej i naprawdę nie można się niczego przyczepić, chociaż nie doczekałem się ulubionego „Rick, Rick you little prick”.

Negan-Meets-Rick-Walking-Dead-Comics

A kto zginął? Ktoś zginąć musiał! Twórcy zastosowali tutaj najgorszy cliffhanger w historii serialu. Po wyliczance Negana obserwowaliśmy akcję z oczu ofiary, co sprawiło, że zadawane kijem ciosy bardzo bolały. Nie wiemy jednak kto padł ofiarą, ale postanowiłem sobie pofantazjować:

  • Daryl został postrzelony przez Dwighta, więc mają niewyrównane rachunki – wątek powinien powrócić w kolejnym sezonie
  • Glenn, który został w ten sposób zabity w komiksie miał w tym sezonie sfingowaną śmierć, więc kombinowanie nie miałoby sensu, gdyby teraz zginął
  • Rick i Carl są bezpieczni
  • kobiet Negan nie zabije
  • Abraham raczej też przeżyje, bo jego miłosny pseudoromantyczny wątek nie został zakończony
  • Aaron? Raczej nie, bo w ostatnich odcinka prawie go nie widzieliśmy, więc nie ma odpowiedniego pożegnania
  • Zostaje Eugene – jestem prawie pewien, że padło na niego. Dlaczego? Przeszedł w tym sezonie bardzo dużą metamorfozę, stał się ważnym członkiem ekipy. A w finale mieliśmy swego rodzaju pożegnanie tej postaci. Eugene przekazał Rickowi plany tworzenia amunicji, ten dziękował mu za wszystko, a zaraz potem Eugene pogodził się z Abrahamem. Pożegnanie tego typu pojawia się przy wszystkich postaciach, które spędziły w serialu więcej niż dwa sezony. W październiku sprawdzimy czy miałem rację.

Podsumowując finał 6. sezonu The Walking Dead wypadł dobrze. Byłoby bardzo dobrze, gdyby w całości skupił się na wątku Ricka. Poboczna historia Carol i Morgana spokojnie mogłaby się pojawił w którymś z pierwszych odcinków następnej serii. Na osłodę mamy najlepsze 15 minut w historii serialu i najlepszą sceną jaką napisali scenarzyści. Są emocje, są dramaty i jest jedyny w swoim rodzaju Negan!