UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

⇑ REKLAMA PŁATNEJ USŁUGI⇑



CALL OF DUTY: INFINITE WARFARE

Tegoroczny FPS-owy pojedynek o portfele graczy jest szalenie interesujący. Battlefield 1 cofnął się o 100 lat, w czasy I Wojny Światowej, Titanfall 2 w porównaniu do poprzednika wskoczył również na PS4, a Call of Duty: Infinite Warfare wyleciał na podbój Układu Słonecznego. Czy produkcja Infinity Ward, twórców legendarnego już Modern Warfare ma szansę na sukces?

Infinite Warfare zabiera nas w kosmos. W dalekiej przyszłości ludzkość opanowała cały Układ Słoneczny. Bazy księżycowe, kopalnie na asteroidach, czy pozyskiwanie surowców z gazowych olbrzymów nie stanowią dla nas problemu. W taki oto sposób rodzi się Front Obrony Kolonialnej (FOK), który nie zgadza się to, by wszystkie profity z kosmicznej ekspansji zgarniała Ziemia. Przywódca FOK, Admirał Salen Kotch zebrał wokół siebie pokaźną grupę zwolenników i nie cofnie się przed niczym, żeby unicestwić wszystko, czym może poszczycić się Ziemia i jej przywódcy. I tutaj wkracza gracz, wcielający się kapitana Reyesa, dość nieoczekiwanie mianowanego przywódcą oddziału stacjonującego na statku Retribution. Reyes, za sprawą szeregu misji musi osłabić i ostatecznie powstrzymać agresora.

Chociaż fabuła nie porywa i nie grzeszy oryginalnością, to sama otoczka jest fantastyczna. Mam słabość do książek z gatunku space opera, więc wszystko co związane z podbojem kosmosu zyskuje u mnie na samym starcie. Na szczęście darowano nam obcych i kosmiczne potwory! Naszym przeciwnikiem są ludzie, mechy i humanoidalne roboty zwane botami. Misje rzucają nas na Ziemię, Marsa, Tytana (księżyc Saturna), stacje orbitalne, a nawet spróbujemy przeżyć w bardzo bliskiej odległości od Słońca. Wszystko z odpowiednią dozą filmowości, do której przyzwyczaiła nas seria i z którą cały czas problem ma seria Battlefield.

W trakcie kampanii dostajemy kilka dodatkowych operacji, które nie wpływają na wątek główny. Odbijamy zakładników, sabotujemy wrogie statki oraz bierzemy udział w szeregu kosmicznych potyczek za sterami wyjątkowo zwrotnych szakali. Misje, choć krótkie i dość schematyczne, wyzwalają adrenalinę przy pościgach wśród meteorytów, stacji kosmicznych lub w wyjątkowo niesprzyjających warunkach atmosferycznych planet. Z czystą przyjemnością zaliczyłem wszystkie zadania, co z kolei odblokowało szereg ulepszeń dla Reyesa w kampanii.

Dla fanów Gry o Tron i Jona Snow znalazło się ukryte trofeum o wiele mówiącym tytule Nie wiesz nic/You know nothing

Po udanym eksperymencie z Kevinem Spacey sięgnięto po kolejnych znanych aktorów. Twarz i głos Salena Kotcha to sam Kit „Jon Snow” Harrington. I niestety jest to największy błąd przy dobieraniu obsady. Aktor znany z bycia smutnym w Grze o Tron nie sprawdził się w roli człowieka, który mógłby przewodzić zbuntowanej armii. Propagandowe przemówienia i wielkie groźby w jego wykonaniu nie wypadają zbyt przekonująco, nawet jeśli mają trochę racji. Zupełnie inaczej ma się sprawa Reyesem (Brian Bloom) i jego oddziałem. Moralne konflikty kapitana z jego przyjaciółką Salt (Jamie Grey Hyder) dodają emocji, a współpraca z sierżantem Omarem (David Harewood z Homeland i Supergirl) i botem Ethanem przemyca trochę pozytywnych żołnierskich stereotypów. Swoją drogą blaszany Ethan, trochę przewrotnie, stał się najfajniejszą postacią w grze. A byłbym zapomniał – malutkie epizody dostali mistrz UFC Conor McGregor i mistrz świata F1 Lewis Hamilton.

Jestem uprzedzony do dubbingu w filmach. Uważam go za czyste zło i niepotrzebne rozleniwianie widzów. Śledzenie wydarzeń w oryginalnym języku, z polskimi napisami powinno być standardem w kinie i telewizji. Nowe, coraz bardziej filmowe, gry tworzone są z iście hollywoodzkim rozmachem, więc zatrudniana obsada oprócz głosu, użycza swojego ciała i twarzy. Im większe podobieństwo do prawdziwego aktora, tym więcej jego cech charakterystycznych, a to z kolei oznacza gigantyczne wyzwanie dla aktorów pracujących przy lokalizacji. Niemniej Marcin Dorociński (Reyes), Olga Bołądź (Salt) i Jarosław Boberek (Ethan) wykonali kawał solidnej roboty. Zdarzały się wpadki ze źle zinterpretowanymi emocjami, ale taki urok pracy nad ściśle strzeżonymi materiałami producenta. Jeśli lubicie słyszeć polskie głosy to spokojnie możecie grać z rodzimym dubbingiem. Mniej więcej w połowie przełączyłem na angielski i zostałem przy nim już do końca. Ciekawostka – napisy nie zawsze pokrywają się z tym, co mówią polscy aktorzy, co może oznaczać, że dialogi nagrano później niż tworzono napisy.

Tryb zombie, dotychczasowa wizytówka studia Treyarch, zawitał również do Infinite Warfare. Jedna dostępna mapa o nazwie Spaceland rzuca nas na plan… kiczowatego filmu o zombie. Skład złożony z czwórki najbardziej oczywistych popkulturowych osobowości lat 80. kręci film, w ogarniętym epidemią zombie, parku rozrywki. Jest kolorowo, kiczowato i… o wiele lepiej niż w Black Ops III. Pograłem we wszystkie scenariusze zombie z poprzedniej odsłony (podstawka plus DLC) i podobało mi się to mroczne podejście, ale klimat nie umywa się do tegorocznego Speceland. Rolę gum przejęły karty z perkami, które możemy kupić za zarobione żetony. Klimat podkreśla fenomenalnie dobrana ścieżka dźwiękowa, a wisienką na torcie jest David Hasselhoff, którego można odblokować!

Tryb multiplayer to lekkie rozczarowanie. Na pierwszy, nawet drugi i trzeci rzut okiem wygląda identycznie jak ten z Black Ops III. W najbardziej obleganym Team Deathmatch walczymy w systemie 6 na 6 na mapach o bardzo skromnych rozmiarach. Infinity Ward nie popełniło błędu przy Call of Duty: Ghost, gdzie dwunastka graczy rzucana była na rozległe tereny i większość rundy spędzaliśmy szukając przeciwników. Tym razem jest klasycznie do tego stopnia, że każdy kto kiedykolwiek spotkał się z serią, od razu będzie wiedział co robić.

Zmian nie doczekał się także rozwój postaci w trybie wieloosobowym. Zdobywając punkty doświadczenia rozwijamy postać, a im wyższa ranga tym większy dostęp do nowych broni i gadżetów. Loadout, czyli wyposażenie jakie możemy zabrać do boju składa się z 10 slotów, w których umieszczamy jeden przedmiot. Jeden slot zajmują bronie, po slocie każdy dodatek do broni, granaty i perki. System sprawdza się od kilku lat, ale przydałby się powiew świeżości. W miejsce skórek postaci z Black Ops III, które oferowały unikalne zdolności wprowadzono kombinezony spełniające identyczną rolę.

Wraz z używaniem danej broni, zwiększamy jej rangę. Każda ranga odblokowuje nowy dodatek do broni, zwiększając jej możliwości. Kolimator, zmieniamy na coraz to lepsze lunety ze zbliżeniem, by ostatecznie dorwać się do celownika z kamerą termowizyjną. Do tego masa uchwytów, tłumiki, rurki stabilizujące, podwójne magazynki i tak dalej. Oczywiście zakup nowej broni oznacza konieczność wbijania jej rang i odblokowywania dodatków w tej samej kolejności.

Od zawsze podziwiam twórców Call of Duty za projekty multiplayerowych map. Od Advanced Warfare, gdzie wprowadzono nowe sposoby poruszania się, mapy musiały być przemyślane na wielu poziomach. Bieganie po ścianach, wysokie skoki i długie wślizgi potrzebują nowych skrótów i dziesiątek wejść. Nie inaczej jest tym razem. Na małej przestrzeni umiejscowiono bardzo dużo uliczek, balkonów, wyrw w ścianach budynków, przez co nikt nie może czuć się bezpiecznie. Oczywiście weterani szybko znaleźli kilka wygodnych, do kampienia, punktów i często można dostać kulkę od gościa czającego się w jakimś słabo widocznym kącie. Sam wygląd map niczym nie zaskakuje i zdarza się powielanie stylu poprzednich odsłon. Zresztą trudno o oryginalność, gdy co rok pojawia się ponad 20 map, wliczając w to wszystkie DLC.

Oprawa graficzna Call of Duty nie jest już obiektem kpin branży. Infinite Warfare podnosi poprzeczkę na solidny poziom, wielokrotnie oferując pożywkę dla oczu. Modele postaci i oskryptowane zachowanie żołnierzy na polu walki to najwyższa liga. Niesamowicie naturalne ruchy i realistyczne gesty bohaterów robią wrażanie, ale akurat z tym seria nigdy nie miała problemu. Gorzej prezentowała się cała reszta, ale to już przeszłość. Umiejscowienie akcji na orbitach planet robi fenomenalne wrażenie i mocno wpływa na odczucia z rozgrywki. Walka z eskadrą FOK z Ziemią robiącą za tło wypada obłędnie.

Czy Call of Duty: Infinite Warfare zaskakuje? Nie, zdecydowanie nie. Multiplayer stawia na bezpieczne rozwiązania i nie bardzo myśli o rewolucji w tym temacie. Z kolei odświeżony (ekhm) tryb zombie stał się moją ulubioną rozrywką na wieloosobowe wieczory. Moje serce skradła jednak kampania dla jednego gracza, która z prostego w zamyśle konfliktu stworzyła wielką kosmiczną wojnę. Bardzo mi się podobało, a za rok liczę na większe zmiany w multi.

oceny-08

Egzemplarz do recenzji dostarczył wydawca

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here