UDOSTĘPNIJ

Dwa ostatnie odcinki TWD były słabiutkie. Przygoda Maggie i Sashy, które dotarły do Wzgórza to typowy zapychacz mający znikome przełożenie na przyszłość tej osady. Jasne, wiemy, że Gregory wkrótce pożegna się z dowodzeniem i prawdopodobnie też z życiem, a na czele osady stanie Maggie z doradzającą jej przyjaciółką. Jest to ważna wskazówka, ale wątek można było upchnąć po trochu w kilku odcinkach. Tak dostaliśmy 35 minut nudy i 7 minut ważnych wydarzeń. Identycznie wyglądał odcinek 7×06, w którym Tara wpadła do obozu zamieszkałego przez same kobiety. Jest kilka wskazówek, co do przyszłości, ale też można to było rozłożyć na kilka odcinków, by nie rozklejać akcji. Jeśli ktoś zastanawiał się, czym w telewizji są fillery to jest to najlepszy przykład. Odcinki będące ewidentną grą na czas, mające marginalne znaczenie i skupiające się na wątkach zupełnie obojętnych widzom.

Ale przyszedł odcinek 7×07, który przenosi nas do Sanktuarium. Carl i Jesus siedzący na pace samochodu Zbawców docierają do ich obozu. Jesus „wysiada” wcześniej, a Carl wpada w sam środek piekiełka Negana. Sam wątek przyjazdu, ale też cały odcinek są dość wierne komiksom, co jest dużą zachętą dla fanów graficznej opowieści Kirkmana. Chłopak zostaje obezwładniony i dostarczony Neganowi, który… ma wobec Carla własne plany.

Zdecydowana większość odcinka to psychologiczna tortura Carla. Negan oprowadza go po swoich włościach, dzięki czemu możemy wreszcie zobaczyć jak wygląda Sanktuarium, czyli wysoki blok elektrowni. Po raz pierwszy widzimy też nieco ugrzeczniony harem Negana i jego kilka zadbanych „żon”. Żona Dwighta to tylko jedna z kilku pań, która oddała siebie za życie swoje i swoich bliskich. Zresztą Carl jest świadkiem karania jednego z panów, za to że potajemnie spotkał się ze swoją „byłą”. Wiemy już, że blizna na twarz Dwighta nie pojawiła się tam przypadkiem.

W każdej scenie błyszczy Jeffrey Dean Morgan. Wygrywając casting na Negana, gość wygrał rolę życia i robi co tylko może by zapaść w pamięci widzów. Jest po prostu kapitalny. Negan nie psuje wizerunku komiksowego, a nieraz wypada nawet lepiej! Morgana ogranicza brak facków i to widać, ale nawet próbując naokoło, udaje się stworzyć fajne, soczyste monologi. To zupełnie inaczej i o niebo lepiej napisana postać niż koszmarnie skaszaniony Gubernator.

Odcinek przemyca też trochę scen z Alexandrii i jej okolic. Michonne wybrała się na samotną krucjatę, a Rick i Aaron zapuścili się daleką podróż w poszukiwaniu zapasów dla Negana. Tam też pewnie spędzą lwią część przyszłotygodniowego finału jesieni. Rosita zmusza Eugene’a, by ten ze znalezionej łuski zrobił jej nabój, którym będzie mogła pomścić Abrahama. Ten wątek zostanie dopiero rozwinięty w przyszłym tygodniu.

Mam też podejrzenie, kto zginie w ósmym odcinku. Uważam, że wybór padnie na Spencera, syna Deanny i byłego chłopaka Rosity. Gość nienawidzi Ricka, co dał wszystkim do zrozumienia podczas tego odcinka i ma własne plany, co do przyszłości Alexandrii. Czuję, że Spencer zaproponuje Neganowi układ, w którym to on będzie dowodził (lub coś w tym rodzaju) i za to spotka go kara. A może nabój Rosity sprowadzi na głowę Spencera wygłodniałą Lucille? Jakby nie było, to jest to mój kandydat na opuszczenie serialu w kolejnym odcinku.

Siódmy odcinek siódmego sezonu The Walking Dead był bardzo dobry. Kolejne szczegóły z życia Zbawców pokazują czemu ludzie są tak posłuszni brutalowi, a przy okazji świetnie przedstawiają charakterystykę tej postaci. Kolejny odcinek rozegra się w Alexandrii, więc trzeba szykować się na wielkie emocje. Oby.