UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

⇑REKLAMA PŁATNEJ USŁUGI⇑



ŁOTR 1: GWIEZDNE WOJNY – HISTORIE

Szaleństwo! Drugie Gwiezdne Wojny w ciągu 12 miesięcy. Dotychczas poszczególne epizody „starej” i „nowej” trylogii pojawiały się w kilkuletnich odstępach. Zresztą sytuacja z „najnowszą” trylogią wyglądać będzie identycznie. Disney czując ogromny potencjał w marce zdecydował, że lata pomiędzy kolejnymi odsłonami sagi wypełnią nam spin-offy. W przygotowaniu znajduje się opowieść o młodym Hanie Solo, przebąkuje się, że film dostanie też Bobba Fett. Można spokojnie założyć, że pomysłów na wykorzystanie ikonicznych postaci jest wiele. Zajmijmy się jednak aktualnym tematem, bowiem do kin wszedł film Łotr 1: Gwiezdne Wojny – historie. Czy pod tym pokracznie brzmiącym tytułem znajduje się coś więcej niż odcinacz kuponów. Recenzja.

Akcja Łotra 1 umiejscowiona jest długo po Epizodzie III: Zemsta Sithów, a zaraz przez Epizodem IV: Nowa Nadzieja. Rosnące w siłę Imperium korzysta z nieobecności wybitych, bądź poukrywanych Rycerzy Jedi i podbija kolejne planety. W sianiu terroru ma pomóc nowa broń, potrafiąca niszczyć całe planety Gwiazda Śmierci. Główny inżynier projektu Galen Erso (Mads Mikkelsen) odszedł, gdy dowiedział się jakie jest przeznaczenie broni. Osiedlając się na spokojnej planecie zajął się uprawą pola i życiem rodzinnym. Imperium przypomniało sobie o Galenie, gdy prace utknęły w martwym punkcie. Co było dalej można sobie dopowiedzieć. Dyrektor Krennic przybywa po Galena, a jego mała córeczka – Jyn ukrywa się przed szturmowcami i tak mija kilkanaście lat. Ukrywająca się pod zmyślonym nazwiskiem, Jyn wpada w ręce rebeliantów, którzy chcą nakłonić ją do współpracy.

Fabuła jest wyjątkowo prosta. Scenarzyści prowadzą nas jak po sznurku po niezbyt oryginalnych wydarzeniach. W zasadzie każdy kinoman może odhaczać sobie w myślach kolejne klisze i standardy kina opierającego się na zbieraniu drużyny, która może zmienić losy wojny. Najlepsze jest to, że takie podejście się sprawdza. Wszystko dzięki umiejscowieniu akcji w uniwersum wykreowanym przez George’a Lucasa. Gwiezdnowojenny klimat czuć na każdym kroku, śmiem nawet twierdzić, że duch Star Wars jest tutaj bardziej odczuwalny niż w zeszłorocznym Przebudzeniu Mocy.

Wielki szacunek dla twórców za wizualne zbliżenie filmów do klasycznej trylogii. Ubrania postaci, te wielkie hełmy, a’la faszystowskie mundury i paździerzowi kosmici praktycznie nie różnią się od filmu z 1977 roku. To samo tyczy się kosmicznych pojedynków, gdzie Niszczyciele Imperium wyglądają identycznie jak u Lucasa. Wraz z wrażeniem sztuczności i plastykowości. Wielka finałowa walka na plażach planety Scarif to z kolei tysiące świstających blasterów, wielkie machiny kroczące i robiący wrażenie rozmach. Łotr 1 pod tym względem prezentuje się wyśmienicie.

Gorzej wypadają postaci. Felicity Jones jako Jyn Erso drażni. Nie chce się jej słuchać i patrzeć na jej niezmiennie dziwną minę. Mimo to i tak wypada lepiej niż Rey z Przebudzenia Mocy. Podobnie prezentuje się Diego Luna i jego Cassian Andor. Postać będąca w zamierzeniach połączeniem Hana Solo z bezwzględnym najemnikiem okazuje się sierotą, której nie da się polubić.

Najlepszą postacią głównej obsady jest dubbingowany przez Alana Tudyka droid K2. Droid to nie słodziaszny R2-D2, czy inne C3PO, BB8, ani znienawidzony Jar Jar Binks. K2 to szczery do bólu, lubiący dogryzać innym blaszak. Akceptuje jedynie polecenia Cassiana, ale i ich wykonywanie przychodzi mu z olbrzymim trudem. To właśnie K2 jest skarbnicą wszystkich zabawnych momentów tego dość poważnego filmu, a jeden z jego tekstów to prawdziwa perełka.

Nie mogę zapomnieć też o nierozłącznej dwójce strażników świątyni kryształu Kyber. Chirrut i Baze są fantastyczni, a już w szczególności pierwszy z nich – niewidomy mistrz sztuk walki. Uwielbiałem go w każdej scenie, w jakiej się pojawił, a do teraz chodzę i mruczę pod nosem jego mantrę: „I’m with the Force, and the Force is with me”.

Grający drugoplanowe role Mads Mikkelsen i Forest Whitaker nie dostali od scenarzystów wystarczająco dużo czasu, by zaprezentować swoje umiejętności. Rola Mikkelsena jest bardzo prosta i trudno było cokolwiek wycisnąć z Galena, ale Whitaker mógł wcielić się w prawdziwego oryginała, ekstremistę po stronie Rebelii, Sawa Gerrerę. Szkoda, że nie oglądamy ich zbyt często.

Łotr 1: Gwiezdne Wojny – historie przemyca też dziesiątki nawiązań do starej trylogii, serialu Star Wars Rebels i całego uniwersum. Pojawiają się znane postaci (Vader to nie jedyne cameo), dzięki czemu film wygląda jak jedna z kanonicznych części, a nie spin-off. Jestem świadomy prostoty scenariusza, jestem świadomy drewnianych głównych bohaterów, ale i tak bardzo mi się podobało. Łotr 1 jest lepszy niż zeszłoroczne Przebudzenie Mocy, jest lepszy niż Epizody I-III razem wzięte, a ustępuje jedynie kultowym klasykom. Warto!


RECENZJE FILMÓW PORÓWNACIE NA MEDIAKRYTYK.PL


ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here