UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

⇑REKLAMA PŁATNEJ USŁUGI⇑



FINAL FANTASY XV

Niespełna trzy tygodnie zajęło mi ukończenie Final Fantasy XV. Z jednej strony nie ma czym się chwalić, ale biorąc pod uwagę, że w międzyczasie powstało kilka recenzji na pssite.com oraz regularne teksty dotyczące książek, seriali i filmów na geeklife.pl to wynik zaczyna wyglądać całkiem nieźle. No to jakie jest to FFXV?

FINAL FANTAXY XV: GWARDIA KRÓLEWSKA – Recenzja

Wydany we wrześniu film Final Fantasy XV: Gwardia Królewska położył fabularne podwaliny pod „piętnastkę”. Akcja gry rozpoczyna się niedługo po dramatycznych wydarzeniach z Insomni, gdy nieświadomy książę Noctis wraz ze swoimi kumplami szykuje się do ślubu z księżniczką Luną, by przypieczętować sojusz. Przerażająca prawda szybko wychodzi na jaw i plany ślubne szybko zastępuje determinacja, by odzyskać zajęte Królestwo.

Niestety drzemiący w historii potencjał zostaje koncertowo zmarnowany. Pierwsza połowa opowieści to praktycznie szereg luźno związanych ze sobą zadań głównych i „pierdyliard” aktywności dodatkowych (o tym później) w pokaźnym, otwartym świecie. Co chwila poznajemy nowych bohaterów, z których w pamięć zapadają jedynie Cid i śliczna pani mechanik Cindy. Reszta sprawia wrażenie randomowych NPC i naprawdę szacunek dla osoby, która zapamiętała więcej niż jedno imię. Co ciekawe wraz z postępami fabularnymi główna ścieżka fabularna zmienia grę w korytarzówkę w rodzaju FFXIII. Odwiedzamy niedostępne na głównej mapie lokacje, zaliczamy bardzo monotonny i bardzo długi dungeon, by zmierzyć z ostatnim bossem.

Bardzo starałem się zrozumieć fabułę, cel naszych postaci, motywacje czarnego charakteru, ale wydaje się to niemożliwe. Dziesięć lat w produkcji odcisnęło na fabule swoje piętno, przez co dostaliśmy, pełen egzystencjonalnych głupot, chaos, który ani nie intryguje, ani angażuje szarych komórek. Przy tej historii krytykowana przez wielu fabuła Gwardii Królewskiej wygląda na twór iście oscarowy. Ważne postaci z filmu tutaj albo migają na chwilę, albo nie ma ich w ogóle mimo, że wyglądali na badassów, albo są i posiadają umiejętności, których nikt nie kwapi się wytłumaczyć. Tragedia. A jak ktoś filmu nie oglądał? Postawmy mu znicza [*], bo będzie miał w głowie więcej znaków zapytania niż własnych myśli.

Nie zapominajmy, że ten fabularny koszmarek ma też gameplay. I to bardzo soczysty! Zrezygnowano z pasków ATB i turowej rozgrywki na rzecz bezpośredniego okładania się mieczami i innym żelastwem. System walki jest bardzo prosty i sprowadza się do wykonywanych kwadratem ataków oraz uników przypisanych do L1. Dodatkowo Noctis potrafi używać magii (gra o tym wspomina, ale lepiej tłumaczy to film), dzięki czemu posiada zdolność szybkiej teleportacji w miejsce rzuconej broni, co także wykorzystujemy w walce. Skromny zestaw ruchów zaskakująco wystarcza, by ochoczo korzystać z każdej sposobności do walki. Pojedynki z wieloma wrogami wyglądają chaotycznie, ale dla wprawiony gracz świetnie zorientuje się w tym młynie. Prosto, ale cholernie przyjemnie!

Noctisowi towarzyszy trzech kumpli, którzy byli obiektami żartów przed, ale też po premierze gry. Prompto, Gladiolus i Ignis przedstawiają stereotypu kompanów z szeregu mang i anime. Roztrzepany i wygadany Prompto rozbawia kolegów, potrafi też zanucić klasyczne fanfary po wygranej walce. Gladiolus to z kolei wielki mięśniak o gołębim sercu i wielkim oddaniu dla sprawy. No i Ignis, mózg całej ekipy w obowiązkowych dla tej „klasy” okularach. Sztampowa drużyna wypada jednak wyjątkowo naturalnie. Relacje chłopaków nie sprawiają wrażenia gejowskiego kina dla zniewieściałych chłopaków, a pokazują prawdziwą, szczerą, wieloletnią przyjaźń. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś mógł to zrobić lepiej.

Final Fantasy XV to też wielki, otwarty świat, po którym podróżujemy samochodem. Tak, czterech gości wsiada do Regalii i jeździ od punktu do punktu. W pewnym momencie dostajemy możliwość wskoczenia za kółko, ale możemy jedynie dodawać gazu i skręcać na rozwidleniach. Zapomnijcie o dowolności i off-roadowe zacięcie zostawcie na DiRT Rally. Regalia służy też do szybkich podróży pomiędzy odkrytymi już punktami. W zasadzie powinienem napisać „szybkiej”, bo loadingi potrafią trwać w nieskończoność.

Zadania poboczne to bardzo sztampowe „przynieś, podaj, pozamiataj”. Poszukamy kolorowych żab, przejedziemy kilka minut, żeby zebrać kapustę, odszukamy nieśmiertelniki poległych, sfotografujemy ciekawe miejsca oraz poszukamy szlachetnych kamieni i rzadkich ziół. Zestaw pasujący do pierwszych godzin z pierwszym lepszym MMO nie imponuje rozmachem, a nawet wygląda żałośnie biorąc pod uwagę, co robią bohaterowie, gdy stawką jest przyszłość ich świata. Jedyne, ciekawe misje poboczne to te związane z dungeonami i upgreadem Regalii, ale jest ich bardzo mało.

Dużo większą radochę daje polowanie na potwory, czyli ficzer, za który uwielbiałem Final Fantasy XII i który stał się znakiem rozpoznawczym Wiedźmina. W każdym większym obozie znajduje się osoba zlecająca ubicie jednego bądź kilku wyznaczonych mini bossów. Złapałem się na tym, że przez pierwsze 10 godzin gry było to jedyne zajęcie jakiego się chwytałem. Polowania oznaczone są poziomem łowcy (zwiększamy przez wypełnianie zleceń) i poziomem doświadczenia potworów. Dzięki temu wiemy kiedy mamy szansę, a kiedy starcie trzeba odłożyć na później. Małym zgrzytem jest brak możliwości uaktywnienia kilku polowań na raz. Biorąc nowe zlecenie aktualne jest anulowane, co zmusza do dodatkowego niepotrzebnego łażenia do zleceniodawców. Ilość zleceń jest iście powalająca, po 45 godzinach gry wykonałem około 50 zleceń, a ciągle pojawiały się nowe. Miód!!!

Trzy powyższe akapity pokazują największą siłę FFXV – kapitalne wykorzystanie otwartego świata. Jeżdżenie Regalią bardzo nuży, szybka podróż trwa niekiedy dłużej niż jazda tym samochodem, ale samo hasanie po polach, lasach i pagórkach to czysta radocha. Bez zadań pobocznych (nawet pomimo, że słabych) i genialnych polowaniach ta gra była by jakimś nieporozumieniem. Nie wiem na jakim etapie podjęto decyzję o implementacji otwartego świata, ale był to strzał w… „piętnastkę”. Szczerze przyznam, że bieganie za tymi stworkami sprawiło mi większą radochę niż eksploracja w Wiedźminie 3.

Kilka słów o sprawach technicznych. Final Fantasy XV jest zaskakująco ładną grą. Pierwsze kilkanaście godzin potrafi zachwycić widokami i zróżnicowanym otoczeniem. Świat nie jest może gigantyczny, ale za to bardzo dopracowany. Wrażenie psuje ostatnie kilka rozdziałów, gdy gra wskakuje na bardzo liniowe tory i rzuca nas w klaustrofobiczne i mało szczegółowe miejscówki. Im mniej przyrody i więcej zabudowań, tym FFXV wygląda gorzej. Biorąc pod uwagę, że fabuła jest mega słaba chciałem jak najszybciej ją skończyć, by móc wrócić na pola, stepy i lasy.

Muzyka jest fajna, można powiedzieć bardzo fajnalowa. Jednak przygotowane utwory nie mają skoku do gigantycznego fanserwisu jaki przygotowali twórcy. U spotykanych kupców możemy kupić odtwarzacz mp3 i ścieżkę dźwiękową z wszystkich poprzednich odsłon! Zakupione sety można puszczać podczas jazdy samochodowej, a także podczas pieszych wycieczek. I to w dowolnej kolejności! Motyw bitewny z FFX? Proszę bardzo. Fantastyczny utwór Balamb Garden z FFVIII? Pyk i już leci. Coś pięknego!

Takie jest Final Fantasy XV. Dziwna, bardzo nierówna, pełna głupot, a przy tym szalenie wciągająca gra. Fantastyczne pierwsze wrażenie zepsuła fabuła i dalsza część głównego wątku. To chyba pierwsza gra, przy której chce się jak najszybciej odfajkować oznaczone na czerwono zadania i wrócić do bezcelowego biegania po polach. Świetni główni bohaterowie kontrastują z bezpłciowymi NPC-ami, piękny otwarty świat kontrastuje z brzydkimi korytarzami questów fabularnych, a genialne polowania kontrastują z kretyńskimi zadaniami pobocznymi. Wszystko, co dobre ma swój gorszy odpowiednik, czyli powinno być jakieś 5/10. Ale cholera, jak to uzależnia!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here