UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

⇑REKLAMA PŁATNEJ USŁUGI⇑



AUTOPSJA JANE DOE

Nie przepadam za horrorami. Typowe slashery przestały mnie bawić, gdzieś w okolicach Wrong Turn 2. Nigdy mnie specjalnie nie przerażały, ani nie odrażały, po prostu zaczęły mnie nudzić. Podobnie horrory, które stawiały na klimat, tajemnice, różnego rodzaju siły nieczyste i tym podobne. Jasne, w gatunku co i jakiś czas pojawiają się perełki pokroju Obecności, ale ogólny ich obraz przedstawia się marnie. Zaintrygowany zwiastunem jaki widziałem przed jednym z grudniowych filmów zabrałem żonkę na Autopsję Jane Doe. Warto obejrzeć?

Debiutancka produkcja Andre Øvredala nie szokuje rozmachem, nie przykuwa do ekranu widowiskowością, czy efektami specjalnymi. Film serwuje bardzo oszczędne wizualia przypominając okupujące festiwale kino niezależne. Opowiada o małym rodzinnym biznesie Tildenów, bowiem Austin i jego ojciec pod swoim domem mają małą kostnicę, gdzie pracują jako lokalni patolodzy. Wyluzowani panowie zajmują się ofiarami wypadków, pożarów, samobójstw, czy zabójstw, a później jadą windą na górę, by zjeść kolację i pooglądać telewizję.

Banalna (z ich perspektywy) praca nabiera rumieńców, gdy szeryf dostarcza świetnie zachowane zwłoki młodej dziewczyny znalezione w piwnicy domu, gdzie doszło do przerażającej i niewyjaśnionej zbrodni. Z racji problemów z ustaleniem tożsamości dziewczyna zostaje nazwana Jane Doe, a będący pod ostrzałem mediów szeryf prosi Tildenów, by ci wykonali sekcję natychmiast i jeszcze w tej dobie przedstawili mu wyniki, którymi mógłby odeprzeć atak pismaków.

Pomijając wstęp, małą wstawkę w drugiej połowie i końcówkę Autopsja Jane Doe to praktycznie teatr dwóch aktorów. Austin (Emile Hirsch) i jego ojciec (Brian Cox) prowadzą sekcję klaustrofobicznej klitce, do której prowadzi ponury i ciemny korytarz. Do tego przygrywa im radyjko z bardzo niepokojącą muzyką, a na zewnątrz słychać nadciągającą burzę. Wszystkie te czynniki składają się na bardzo sugestywny klimat, który elektryzuje od samego początku. W zasadzie samo przesuwanie się kamery po korytarzach sprawiało, że na sali kinowej przestawało być komfortowo. Trochę szkoda, że tej unikalnej aury nie udało się utrzymać do końca, ale to bardziej wina scenariusza niż reżysera i obsady.

Jeśli chcecie wiedzieć jak oceniali inni zapraszam na mediakrytyk.pl

Fabuła przez większą część filmu owiana jest aurą tajemnicy. Bohaterowie podczas sekcji Jane Doe dokonują odkryć, które przeczą logice i ich wiedzy medycznej. Dlaczego wyciągnięte z ziemi ciało jest czyste? Dlaczego dziewczyna wygląda jakby umarła przed chwilą, a od śmierci minęły, co najmniej, dni? Takich pytań jest dużo więcej, co tylko podkręca fantastyczną atmosferę. Niestety gdzieś na początku drugiej połowy filmu wpadłem na rozwiązanie tej zagadki. Zagrano dość wyświechtaną kartą i każdy, kto miał do czynienia z gatunkiem powinien się w tym połapać zanim zrobią to bohaterowie. Wskazówki stały się zbyt czytelne i rozwiązanie samo przychodzi na myśl. Jednak mimo to każda minuta spędzona z filmem to czysta przyjemność.

Gore -rodzaj dreszczowca, horroru filmowego, charakteryzujący się dużą ilością brutalności, scen z krwią i wnętrznościami

Na widzów ciężko znoszących charakterystyczne dla slasherów gore czeka kilka mocnych scen związanych z autopsją. Otwieranie ciała denatki pokazano ze wszystkimi szczegółami, co potrafi zmrozić krew w żyłach. Nawet jeśli w wielu fragmentach widać, że mamy do czynienia z manekinem to upiorny wyraz twarzy dziewczyny, rozcinanie żeber, czy otwieranie czaszki może wstrząsnąć.

Autopsja Jane Doe do bardzo pozytywne zaskoczenie. Film, który pokazuje, że gatunek horrorów ma się dobrze i są jeszcze ludzie, którzy prostymi metodami mogą stworzyć dzieło zapadające widzowi w pamięci. Nieco przewidywalną fabułę wynagradza fantastyczny klimat, którego nie są w stanie zepsuć nieliczne sceny gore. Polecam.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here