UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

⇑REKLAMA PŁATNEJ USŁUGI⇑



SUICIDE SQUAD TOM 2: ZDERZENIE ZE ŚCIANĄ

Wieczne Zło usunęło ze świata metaludzi uznanych za superbohaterów. Batman i Superman przepadli bez śladu, a Syndykat Zbrodni bawi się w najlepsze. Jedyna nadzieja w Amandzie Waller, która znów spróbuje skompletować Oddział Samobójców. Moja recenzja komiksu Suicide Squad Tom 2: Zderzenie ze Ścianą.

Tomik składa się z zeszytów Suicide Squad #24-30 oraz Suicide Squad: Amanda Waller #1.

Pierwszy zeszyt nosi tytuł Ofiary burzy i opowiada zamkniętą historię, w której główne skrzypce gra Amanda Waller. Samolot, którym Waller wraz z grupą żołnierzy eskortuje doktora Algota Issena – genetyka ze Wschodniej Europy zostaje zestrzelony. Celem okazuje się doktor Issen, człowiek maczający palce w eksperymentach genetycznych mających na celu tworzyć metaludzi został zwerbowany przez Amerykanów, co naraziło go na zemstę swoich byłych podopiecznych, którzy zerwali się ze smyczy.

Ofiary burzy to rewelacyjna historia. Całość rozgrywa się na małej połaci terenu, gdzie rozbitkowie próbują umknąć żądnemu zemsty Krigerowi. Kriger potrafi absorbować energię, przez co nie bardzo trudno zrobić mu jakąkolwiek krzywdę. Fajnie zobaczyć Amandę Waller do tej pory sprytnie wysługującą się mięśniakami w sytuacji, gdzie sama musi sięgnąć po broń i walczyć na śmierć i życie. Naprawdę kapitalny rozdział.

Kolejne zeszyty wchodzące w skład Suicide Squad #24-30 opowiadają wielorozdziałową historię. Thinker, niesamowicie inteligentny umysł, zamknięty w schorowanym, wątłym ciele postanawia przejąć władzą w więzieniu Belle Reve. Podszywając się pod Waller werbuje część Oddziału Samobójcow, by pomogli mu zdobyć nowe ciało i bardzo potężną broń. Tymczasem znajdująca się na terenie więzienia Waller kontaktuje się pozostałymi członkami drużyny i prosi ich o pomoc.

Bałem się trochę, że zebranie tylu złoczyńców uczyni z tego przerost formy nad treścią. Z jednej strony skazańcy walczący między sobą, z drugiej dwa oddziały Suicide Squad stające sobie na drodze, a gdzieś tam Thinker i Waller. Bałem się, ale się udało. Przedstawiona przez Matta Kindta historia ma ręce i nogi, a nawet potrafi zaskoczyć sprytnymi zwrotami akcji. Thinker okazuje się świetnym przeciwnikiem, a jego pomysły niekiedy przyćmiewają plany Jokera, którego od zawsze uważałem za mistrza przebiegłości w uniwersum DC.

W drugim tomie Suicide Squad pierwsze skrzypce gra Amanda Waller i postaci mniej znane osobom śledzącym filmy. King Shark, Power Girl, Steel, Warrant i Nieznany Żołnierz to tylko niektóre z ksywek jakie przyjdzie nam spotkać w komiksie. Niemniej nie mogło zabraknąć Harle Quinn, Bumeranga i Deadshota. Jednak ich role ograniczono do minimum i gdyby nie kilka komediowych występów Bumeranga zupełnie bym ich nie zauważył. Co ciekawe dość ważną rolę otrzymał James Gordon czyli bardzo inteligentny przestępca i syn komisarza Gordona, wieloletniego przyjaciela Batmana. Czy Uniwersum DC ma bardzo bogatą galerię postaci, więc dobre pokierowanie tymi osobliwościami pozwaliło tworzyć angażującą historię.

Bardzo cieszy spójna kreska. Amanda Waller w tej wersji to wysportowana, młoda i szczupła kobieta, natomiast reszta postaci jest bliska klasyce. No może oprócz Harley Quinn, która wygląda jak demoniczna wersja pani z dzielnicy czerwonych latarni. Dużo bardziej odpowiada mi jej design z gier Rocksteady (Arkham Knight) i zeszłorocznego filmu. Ale coż, jak się nie ma co się lubi…

Jak oceniam Suicide Squad: Zderzenie ze ścianą? Bardzo, bardzo dobrze. Natłok bohaterów w żadnym stopniu nie przeszkadza fabule i nie odrzuci osób nie śledzących komiksowych światów. Bardzo dobry, pełen akcji komiks, który udowadnia, że Suicide Squad ma w sobie wielki potencjał. Zostaję z serią na dłużej!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here