UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

REKLAMA



PUNISHER MAX TOM 1 

Punisher to najbardziej kontrowersyjna postać w komiksowym uniwersum Marvela. Charakteryzujący się sadystyczną wręcz brutalnością mściciel ze względu na swoje metody nie zagrzał na dłużej miejsca w żadnej serii skupiającej wielu superbohaterów. Za sprawą przeznaczonej tylko dla dorosłych serii Punisher Max, bohater mógł rozwinąć skrzydła i wziąć udział mrocznej i mocnej opowieści na jaką zasłużył. Czy scenarzysta Garth Ennis wywiązał się z zdania? O tym w mojej recenzji.

Wydany przez Egmont pierwszy tom serii Punisher Max, skupia w sobie aż 12 zeszytów wśród, których zawarte są dwie zamknięte historie. W obydwu przypadkach za scenariusz odpowiada Garth Ennis, natomiast rysunki przypadły w zadaniu dwóm panom. Warto wspomnieć, że tom został wydany w twardej oprawie z niezwykle sugestywną okładką. Sprawdźmy więc zawartość.

OD POCZĄTKU

Pierwsza, składająca się z 6 zeszytów, historia nosi tytuł Od początku. Na zaledwie pięciu pierwszych stronach poznajemy origin głównego bohatera, który nie odbiega od przyjętych początków Franka Castle. Frank, weteran wojny w Wietnamie, postanowił poświęcić swoje życie rodzinie. Niestety niedługo później jego żona i dwójka dzieci zostaje zastrzelona w lunaparku. Najgorsze jest to, że rodzina bohatera to zupełnie przypadkowe ofiary strzelaniny jaką stoczyły nowojorskie mafie. W tej chwili Frank podjął decyzję – każdej nocy wyrusza na miasto, by uzdrawiać świat, czyli mordować wszelkiej maści przestępców.

Od wspomnianej chwili mija 25 lat i przenosimy się do Nowego Jorku niedługo po 11 września. Frank dalej robi swoją robotę, a sama jego sława wprowadza panikę w szeregach zarówno policji jak i przestępców. Podczas jednej ze swoich nocnych eskapad Frank bierze na celownik Dona Massimo Cesare obchodzącego właśnie setne urodziny. Na imprezie zbierają się członkowie kilku rodzin mafijnych, co daje okazję do wprowadzenia poważnych strat wśród przestępców. Castle nie zdaje sobie sprawy, że jest bacznie obserwowany przez CIA mające wobec niego własne plany.

Fabuła tej sześcioodcinkowej opowieści stoi na bardzo wysokim poziomie. Poznajemy przestępców szykujących plan zemsty na Franku oraz agentów CIA korzystających z pomocy kumpla Franka z czasów Wietnamu. Wątki łączą się w sposób iście mistrzowski, a kulminacja wydarzeń to dobro w najczystszej postaci. Bez wątpienia mają na to wpływ postaci, czyli członkowie mafii, w tym dwóch specyficznych cyngli i agenci, a w szczególności kapitalnie napisana O’Brien.

Od pierwszej strony szokuje brutalność i dosadność większości scen. Sceny śmierci rodziny Franka wywołują ciarki, a później jest jeszcze mocniej. Egzekucje i masowe mordy to prawdziwy festiwal krwi i wnętrzności, którego nie powstydziłby się żaden film gore. Wszystko uzupełnia bogaty w wszelkiej maści wulgaryzmy, język i bardzo mroczny humor.

Za rysunki Od początku odpowiada Lewis Larosa. Jego praca wprost zachwyca szczegółowością i niesamowitym klimatem. Sceny przesłuchania Franka w bardzo zaciemnionym pokoju to małe mistrzostwo świata, na które patrzeć można bez końca. Nawet dość specyficzne przedstawienie krwi i wnętrzności nie razi w oczy, a dodaje unikalności. W parze z rysunkami idą naturalnie kolory Deana White’a i tusz Toma Palmera. Wspaniała robota.

MAŁA IRLANDIA

Zeszyty 7-12 opowiadają drugą, niepowiązaną z pierwszą historię pt. Mała Irlandia. Frank spotyka się ze znajomym, agentem MI6. Kumpel dostarcza Frankowi namiary na członków irlandzkich gangów panoszących się w Hell’s Kitchen. Wśród celów znajduje się człowiek, który na oczach Franka wysadził restaurację pełną niewinnych osób. Sprawa staje się mocno osobista.

Największą jednak zaletą Małej Irlandii są przestępcy. Okazuje się bowiem, że stary i bardzo wredny gangster Nesbitt zostawił w testamencie czwórce osób w mafijnej rodziny fragment kodu, który zaprowadzi ich do ukrytych 10 milionów dolarów. Rachunek jest prosty – albo każdy bierze 2,5 miliona i żyje dostatnio, albo jeden załatwia resztę, zgarnia 10 baniek i żyje jak król. Nie muszę chyba mówić, że praktycznie każdy chciałby przytulić pełną kwotę.

Dostaliśmy kapitalny skład przestępców. Pozbawiony części twarzy psychopata Finn i jego nieco przestraszony bratanek, Tommy Toner nie ma zbyt wiele do powiedzenia, ale nadrabia jego bardzo zdecydowana żona. Są jeszcze piraci okradający łodzie pływające u wybrzeży Nowego Jorku oraz Maginty – czarnoskóry Irlandczyk z dredami, który odgrywa tutaj niesamowitą rolę.

Rywalizacja osób pragnących zdobyć ukrytą fortunę to siłą napędowa Małej Irlandii. Ennis przedstawił kapitalnie zarysowane postaci i dał im dużo swobody. Nie spoilując wspomnę, że finał tej opowieści to prawdziwy majstersztyk i prawdziwa jazda bez trzymanki. Franka i jego towarzyszy z MI6 jest tutaj mniej, ale w ogóle nie odczuwamy braku głównego bohatera. Oparcie historii na przeciwnikach tytułowej postaci to sztuka, która udaje się nielicznym, dlatego czyta się to tak dobrze.

Za rysunki Małej Irlandii odpowiada Leandro Fernandez. Kreska nie przypadła mi do gustu tak, jak zrobiły to rysunki Larosy w pierwszych sześciu zeszytach. W oczy rzuca się dużo mniejsza szczegółowość postaci i trochę wyprane z kolorów barwy. Jeśli cały komiks wyglądałby w ten właśnie sposób to zapewne w ogóle bym się nie czepiał, ale w obliczu obłędnie prezentującej się pierwszej połowy trochę szkoda, że Larosa nie dostał całości.


Punisher Max Tom 1 to komiks z najwyższej półki. Dwie nieprawdopodobnie dobre historie, pełne nie tylko bezkompromisowej przemocy, ale też fantastycznych pomysłów sprawiających, że trudno oderwać się nawet na chwilę. Prawdziwy must have dla każdego fana komiksów! Kropka.

Egzemplarz do recenzji dostarczył Egmont

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here