UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

REKLAMA



HORIZON ZERO DAWN – Recenzja

Kupka wstydu to zmora wielu graczy, a jeszcze większa dla osób piszących o grach. Materiału do ogarnięcia jest bardzo dużo, często zbyt dużo. Przyszedł czas, gdy zamiast jarać się kolejną premierą, odkładam grę na „później”, a bardzo często ten okres wydłuża się do wielu miesięcy, a nawet lat. W przypadku Horizon Zero Dawn, nie było mi dane recenzować gry, bo w kolejce czekało Ghost Recon Wildlands, a premiera Mass Effect: Andromeda była tuż za pasem. Przyszedł jednak maj, znalazł się czas na gry, w które chcę zagrać, a nie tylko muszę i w ten sposób na dysku konsoli wylądowała ekskluzywna dla PlayStation 4 produkcja studia Guerilla, ekipy odpowiedzialnej za uwielbianego przeze mnie Killzone’a. Jak wypada postapokaliptyczna przygoda Aloy? Moja recenzja.

Akcja gry osadzona jest w dalekiej przyszłości, w świecie opanowanym przez podobne do zwierząt maszyny. Po znanych nam miastach pozostały jedynie ruiny co większych budowli i artefakty w postaci małych elektronicznych gadżetów. Ubrani w skóry łowcy walczą z maszynami, by przeżyć i utrzymać tereny, na których żyją. Naszą bohaterką jest Aloy, młoda i bardzo zaradna dziewczyna mająca dziwny wpływ na przedwieczne urządzenia i z tego też powodu wygnana ze swojego klanu Nora. Wychowana i wytrenowana przez innego wygnańca – Rosta postanawia walczyć z maszynami i poznać historię swojej przeszłości.

Fabuła Horizon Zero Dawn nie jest specjalnie wyszukana. Towarzyszymy Aloy w jej wędrówce i razem z nią składamy do kupy strzępy informacji, by otrzymać obraz wydarzeń jakie spotkały ludzkość naszych czasów. Wszystko ma ręce i nogi, aczkolwiek nie da się ukryć, że łatwo domyślić się finalnego obrotu spraw. Nie wiem czy to wina szablonowej narracji, czy ilość przeczytanych przeze mnie książek i obejrzanych filmów, ale nie pamiętam momentu, który by mnie zszokował, czy zaskoczył. Zabrakło tego „czegoś”, o czym mógłbym podyskutować ze znajomymi przy piwku. Rozbudowane lore, fajne elektroniczne pamiętniki sprzed wieków, czy łopatologicznie tłumaczące poszczególne wydarzenia hologramy – wszystko jest i wszystko gra, a jednak pozostaje małe „ale”.

Rozgrywka to zgrabna mieszkanka pomysłów Ubisoftu, Crystal Dynamics i CD Projekt Red. Otwarty świat mimo, że nie poraża wielkością, oferuje spore kawały przestrzeni i dość zróżnicowane miejscówki. Sawanny, lasy, góry, jeziora i niewielkie kaniony zupełnie wystarczają do dobrej zabawy. Jakoś i zróżnicowanie terenu zdecydowanie wygrywają z jałowymi pustkowiami lub bliźniaczo podobnymi lokacjami. Świat gry to oprócz otwartych terenów, różnej wielkości osady i jaskinie. Te zwiedzamy zazwyczaj podczas misji głównych, a do ewentualnego powrotu zachęcają pominięte znajdźki, czy składniki potrzebne do wykonania najpotężniejszych broni i zbroi w grze.

Misje główne to całkiem zróżnicowany zestaw zadań. Prowadzeni jesteśmy po sznurku od punktu A do B, ale wydarzenia w jakich bierzemy udział wynagradzają to ograniczenie. Szkoda jedynie, że bossów w Horizon jest bardzo mało, a walka z nimi to prostu naparzanie przeciwnika silniejszego niż reszta. Trochę szkoda, ponieważ liczyłem na epickie pojedynki wieńczące szereg zadań głównych.

Zadania poboczne to z kolei oklepane i nudne „idź tam”, „znajdź kogoś”, „zabij coś” i wróć po nagrodę. Historyjki zlecających zadania osób nie są specjalnie wyszukane i nie zrobią na nikim wrażenia. Co gorsza, że bardzo duża część questów dodatkowych wykorzystuje nudny system „detektywistyczny” znany z serii Batman Arkham i Wiedźmina 3. Za pomocą znalezionego gadżetu Aloy podświetla ślady pozostawione przez ludzi, zwierzęta i maszyny, wynajduje zapachy i tym podobne rzeczy. Niezależnie od problemu zastosowanie jest jedne – znajdź podświetlony ślad i aktywuj śledzenie. Potem już żmudne łażenie po zakamarkach by znaleźć cel zadania. W Batmanch znudziło się już dawno, w Wiedźminie nudziło na potęgę, w Horizon każde takie zadanie to droga przez mękę.

Na plus natomiast sam system walki. Co prawda pierwsze kilka godzin pod tym względem wygląda dość biednie. Wyposażona w łuk i niezbyt przydatne pułapki Aloy wygląda jak uboga krewna Lary Croft.  Dopiero po rozwinięciu oręża i wpadnięciu na większe maszyny Horizon pokazuje pazur. Polowanie na małe maszyny nie serwuje absolutnie żadnych emocji. Dopiero spotkanie wielkich Gromoszczęków, niewidzialnych Nękaczy, czy innych wymagających drapieżników oznacza prawdziwą zabawę. Rozstawianie pomysłowych potykaczy (jak nazwa wskazuje przeciwnik ma się o nie potknąć), strzelanie z procy małymi, pomysłowymi bombami, czy pętanie maszyn wielkimi linami jest niesamowicie widowiskowe i wymagające.

Aloy ma do dyspozycji, oprócz wspomnianych gadżetów, trzy rodzaje łuków. Z bliskiej odległości powalczymy zwykłymi, bądź zapalającymi strzałami. Za pomocą łuku bojowego możemy spróbować osłabić maszyny, ponieważ ten ma do dyspozycji strzały schładzające, paraliżujące i korodujące. Na dystans warto zaopatrzyć się w łuk oferujący wolny, ale za siejący wielkie zniszczenia, naciąg oraz strzały mogące usuwać całe elementy maszyn. Tak, przy odrobinie zręczności i pomysłowości możemy odstrzelić działko Gromoszczęka, a następnie skorzystać z niego, a nic nie stoi na przeszkodzie, by zwalić pancerze maszyn i odsłonić ich najwrażliwsze punkty. Super sprawa.

Chyba nie musze pisać, że Horizon Zero Dawn wygląda przepięknie. O oprawie graficznej powiedziano już chyba wszystko, więc nie będę rozpuszczał się nad niesamowitościami. Zadałem sobie jednak pytanie: czy jest to najładniejsza gra na PS4? Szczerze nie jestem o tym przekonany. Dalej uważam, że prawdziwą ucztą dla oczu było zróżnicowane, pełne kolorów Uncharted 4. W wielu aspektach tytuł Guerilla przewyższa robotę Naughty Dog, ale dominacja odcieni brązu i koloru pomarańczowego lekko przesłania niesamowite widoki i obłędne animacje twarzy. Jest to oczywiście najwyższa możliwa półka i minie jeszcze sporo czasu zanim firmy third-party dorównają tytułom ekskluzywnym Sony.

Horizon Zero Dawn mnie nie porwało. Praktycznie w każdym aspekcie możemy znaleźć wzorowanie się na produkcjach konkurencji, a oryginalne pomysły twórców zaznaczają swoją obecność dopiero po kilku godzinach gry. To bardzo bezpieczna rzemieślnicza robota, nie próbująca wychylać się ponad to, co pokazali już inni. Gra zasługująca na wysoką oceną, ponieważ technicznie jest dopieczona do granic możliwości, ale to tylko tyle i aż tyle. To nie jest ani gra generacji, ani nawet gra roku. To po prostu bardzo dobra gra.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here