UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

REKLAMA



Stało się, Obcy powrócił za sprawą Ridleya Scotta. Po nudnawnym i przegadanym Prometeuszu czekałem na coś bardziej dynamicznego, mniej filozofującego i angażującego widza. Na taki właśnie zamysł wskazywała zmiana tytułu filmu, mająca na celu zabranie do kina fanów Ripley. Czy udało się stworzyć film, na jaki czekaliśmy, a Xenomorfy odzyskają swoje miejsce w popkulturze? Moja recenzja filmu Obcy: Przymierze.

Od wydarzeń z Prometeusza minęło 10 lat, a wielka ekspedycja dr. Elizabeth Shaw została uznana za zaginioną. Nie zraziło to jednak mieszkańców Ziemi, którzy wysłali w przestrzeń kolejne grupy badawcze. Fabuła skupia się na załodze statku Przymierze przemierzającego przestrzeń kosmiczną do oddalonej o miliony lat świetlnych planety Origae-6, które według wszelkich badań może nadawać się do skolonizowania. Na skutek rozbłysków pobliskiej gwiazdy załoga zostaje wybudzona z hibernacji 7 lat przed planowanym dotarciem do celu. Dziwnym trafem czujniki znalazły w pobliżu planetę oferującą niemalże ziemskie warunki do życia. Za namową załogi kapitan decyduje się wylądować na planecie, która może stać się nowym domem ludzkości.

Po obiecującym początku Obcy: Przymierze szybko wkrada się schematyczność i bolesna przewidywalność. Filmy z serii zawsze były dość proste w odbiorze. Nawet przegadany Obcy 3 nie wychylał się ponad schematyczne rany gatunku. Miały jednak w sobie coś, co przykuwało do ekranu i zapisywało się w pamięci na długi czas. Tutaj mamy bardzo prostą historyjkę nieudolnie próbującą budować napięcie i zaskakiwać oczywistościami.

To właśnie ograne motywy bolały mnie najbardziej podczas seansu. Scott nie wykombinował nic ponadto co możemy oglądać w co drugim filmie gatunku. Mamy twist fabularny, którego spodziewamy się co najmniej od pół godziny. Mamy postaci, które zginą w sygnalizowanej kolejności i w ograny sposób. Mamy nawet gościa, który uzbrojony po zęby podchodzi do słynnego jaja Ksenomorfa i zbliża dyńkę, żeby zobaczyć co wije się pod błonką. Serio? Czy ktokolwiek myślał, że widok wyskakującego z jaja facehuggera zaskoczy kogokolwiek? Serio?

Akcji jest tutaj więcej niż w Prometeuszu, ale więcej nie znaczy lepiej. Starcia z różnymi stadiami Ksenomorfów nieraz są krwiste i ciekawe, a nieraz chaotyczne przez nielogiczne zachowania bohaterów. Mało tego, oglądając końcówkę filmu miałem nieodparte wrażenie, że cała 15 minutowa sekwencja została dokręcona przed premierą. Wydarzenia kompletnie nie zgrywają się z poprzednimi 90 minutami narracji i oprócz sporej ilości gore, nie wnoszą zupełnie nic do fabuły. Nie wiem jak wyglądał proces produkcji, ale wydaje się, że ktoś walnął w stół krzycząc „za dużo gadania, za mało akcji… dołóżcie coś”. Dokładnie tak to wygląda.

Obsada to w głównej mierze mięso armatnie. Wyróżniają się jedynie postaci, które mają jakiś tam wpływ na fabułę. Danny McBride jako Tennessee, Billy Crudrup jako świeżo upieczony kapitan oraz Katherine Waterston w roli Daniels, żony byłego kapitana Przymierza. Centralną postacią jest jednak Michael Fassbender. Aktor wciela się w podwójną rolę portretując androida Waltera i jedynego ocalałego z Prometeusza – Davida. Czy pojawienie się postaci spajającej obie produkcje spełnia oczekiwania? I tak i nie. David jest bohaterem najważniejszych fabularnych wydarzeń, a jego wpływ na ewolucję rasy Ksenomorfów położyło podwaliny pod przyszłe filmy z uniwersum. Problem w tym, że widz wie co zrobi David dobre kilkanaście minut wcześniej. Zamiast och, ach na sali słychać tylko eee

Krótko mówiąc Obcy: Przymierze do gigantyczne rozczarowanie. Film bez pomysłu, magnetyzmu, a nawet widowiskowości, która w Hollywood często zasłania bzdury w scenariuszu. Przymierze jest podobno pierwszym z trzech filmów jakie doprowadzą wydarzenia do pierwszych scen z Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo. Jeśli pomysł upadnie, mało kto się przejmie, jeśli jednak filmy pojawią się w kinach to przywita je jedynie wzruszenie ramion. Niestety.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here