UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

REKLAMA



Seria Transformers od Michaela Baya nigdy nie błyszczała głębią i zbytnią inteligencją. Świetny pierwszy film i co raz słabsze kontynuacje przerobiły serię na wyładowane efektami specjalnymi głupotki, o których zapominamy kilka minut po seansie. Ostatnia odsłona spod ręki mistrza rozpierduchy szturmuje właśnie polskie kina. Recenzja filmu Transformers: Ostatni Rycerz.

Od wydarzeń z Wieku Zagłady minęło 3 lata. Transformery zostały uznane za zagrożenie i kolejno wyłapywane przez nowo utworzoną formację TRF, komandosów specjalizujących się w walce z wielkimi robotami. Deceptikony są sukcesywnie wyłapywane, a Autoboty ukrywają się w zniszczonych miastach na kompletnych odludziach. W takim właśnie miejscu poznajemy Izabellę, młodą dziewczynę, której jedyną bliską osobą jest jeden z Autobotów. Izabella wpada na Cade’a Yeagera, który poszukiwany międzynarodowym listem gończym przemierza świat i ratuje zagrożone Transformery. Tymczasem Optimus Prime przybywa na pozostałości Cybertronu, gdzie spotyka swoją twórczynię, człekokształtną Quintessę.

Fabuła jest kretyńska, to wyjaśnijmy sobie od razu. Już na samym początku okazuje się, że Transformery są na Ziemi co najmniej 1600 lat, a pierwsze ich modele przyjęły wygląd rycerzy wspierających Króla Artura i jego Okrągły Stół. Przez wielki roboty brały udział w najważniejszych wydarzeniach w historii ludzkości, ale pamięć o nich przepadła. Dalej mamy tajemniczy ród od wieków pielęgnujący wiedzę o Transformerach, dziwne artefakty, Megatrona pracującego dla Quintessy i obowiązkowe ratowanie, stojącego na krawędzi zniszczenia, świata. To dwie i pół godziny ciągłych wybuchów i dziesiątek skrótów myślowych, by jak najszybciej odpowiedzieć na bardzo wiele, zadanych na początku, pytań.

To jednak nie fabułą jest największym problemem Ostatniego Rycerza. Film cierpi na zbyt wiele urywanych wątków. Jest świetna Izabella, ale po godzinie znika na kolejne 5 kwadransów, by mignąć na ekranie w ciągu ostatnich 15 minut. Jest historyczne nawiązanie, które kompletnie nie zostaje rozwinięte. Są całe sekwencje, które nie wiemy jak się kończą, bo uczestnicy urwanych wydarzeń jakby nigdy nic pojawiają się pół godziny później. No i jest Optimus Prime, którego wątek okazuje się tak nie istotny dla scenarzystów, że widzimy go na ekranie może ze 20 minut łącznie (?!). Chaos, chaos i jeszcze raz chaos.

Wśród tych wszystkich głupot znalazło się miejsce na lekkie, nie przekazane wprost, wytłumaczenie czemu Transformery wyglądają jak ludzie. Do tej pory wkurzał mnie design niektórych robotów (samuraje, gościu z metalową brodą itp.), a w tej części doszli jeszcze średniowieczni rycerze – autoboty i masa człekokształtnych i malutkich Transformerów. Temat na większą skalę powróci zapewne w szóstym filmie, ale dzięki temu można na niektóre rzeczy przymknąć oko. Trudno natomiast wytłumaczyć czemu prehistoryczne dinoboty są w rewelacyjnym stanie, a Transformer walczący na I WŚ i wyglądający jak żołnierz z tamtego okresu, rozpada się i ma oznaki demencji.

Transformers: Ostatni Rycerz zawiera też mnóstwo humoru, którego jakość jest bardzo dyskusyjna. Wprowadzona nowa postać żeńska, Vivian Wembley (Laura Haddock) błyszczy żartami w swoich pierwszych scenach, fajnie wypadają też jej dialogi z Cadem. Niestety reszta żartów to mocno nietrafione kwestie. One – lineary Transformerów są żenująco nieśmieszne i aż dziw bierze, że nie udało się wymyśleć większej ilości zabawnych tekstów mając taki zestaw mocno przerysowanych postaci.

W Transformers: Ostatni Rycerz jak zawsze nie zawodzi widowiskowość. Wszystko widzieliśmy już wcześniej, ale miliony wybuchów, niesamowicie efektowne zwolnienia i walki robotów ciągle wyglądają nieziemsko. Od pierwszych minut, gdy walczą ze sobą armie średniowiecznych rycerzy, przez pościgi, podwodne wojaże aż po spektakularny finał, film prezentuje się znakomicie. Szkoda, że te obłędne wizualia nie idą w parze z innymi aspektami filmu.

To nie jest dobry film. Nie. Transformers: Ostatni Rycerz to napakowana efektami specjalnymi wydmuszka, która nawet nie próbuje być czymś więcej. Oczywiście nigdy nie szukałem w serii głębi i poruszania trudnych tematów, ale urwanych wątków, braku logiki i konsekwencji wybaczyć nie mogę. O dziwo w kinie ogląda się to znośnie mimo, że film jest co najmniej o pół godziny za długi. Nie wiem czy wytrwałbym do końca oglądając go w domu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here