UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

REKLAMA



DOLINA KRZEMOWA Sezon 4 – Recenzja

Czas na czwarty sezon jednego z najzabawniejszych seriali, jaki możemy obejrzeć w telewizji. Dolina Krzemowa od HBO to według niektórych kopia Teorii Wielkiego Podrywu, ale w rzeczywistości seriale dzieli o wiele więcej niż łączy. Trzy sezony  obejrzałem w zeszłym roku w jeden długi weekend i mocno wyczekiwałem ciągu dalszego. Recenzja czwartego sezonu Doliny Krzemowej.

DOLINA KRZEMOWA Sezon 1 – Recenzja

Akcja czwartej części rozpoczyna się niedługo po tym, gdy Richard i jego ekipa odzyskali swoją niezależność. Erlich i Bighead wydając ostatnie oszczędności odkupili Pied Pipera od Ravigii, co powinno zażegnać wszystkie problemy ekipy. Powinno… ale Richard niezadowolony z tego, że jego wybitny algorytm będzie marnował się w aplikacji do wideoczatu, postanawia odejść z firmy i zająć się czymś zupełnie nowym – Internetem 2.0. Wykorzystująca cząstkę mocy smartfonów należących do milionów użytkowników i skompresowana za pomocą algorytmu Richarda, sieć może zdobyć świat, więc ciamajdowaty programista bez reszty oddaje się nowej zajawce. Tymczasem prezesem Pied Pipera zostaje Dinesh…

DOLINA KRZEMOWA Sezon 2 – Recenzja

Ta gigantyczna zmiana fajnie odświeża formułę. Z jednej strony mający miliony problemów Richard, a z drugiej gwiazdorzenie Dinesha, który zbyt mocno przejął się swoim stanowiskiem. Szkoda, że sytuacja wraca do starego układu już po trzecim odcinku. Po pierwszych, bardzo zabawnych, przygodach wszyscy zaczynają wspólną robotę nad nowym internetem. Oglądając czwarty sezon, w oczy rzuca się schemat, o którym mówił T.J. Miller. Bohaterowie wpadają na nowy pomysł, za chwilę mają problem z prawem, albo z jakąś korporacją, jakoś z tego się wykaraskają, a później czeka na nich kolejny wielki kłopot. Scenarzystom nie można odmówić pomysłowości w rzucaniu kłód pod nogi Richarda, ale z góry wiadomo, że jeśli przed chwilą odniósł sukces, to za moment czeka go wielkie rozczarowanie. Oczywiście cały czas jest zabawnie, a odcinki nie nużą (10 epizodów po 30 minut), ale ciągłe kręcenie się w kółko ma swoje granice.

Nie bez powodu wywołałem też T.J. Millera. Jego postać, Erlich Bachman w czwartym sezonie żegna się z serialem. Na dobre. Oficjalnym powodem jest chęć rozwijania dalszej kariery, ale w niektórych wywiadach T.J. wspomina o pętli w jakiej wpadł serial i braku chęci scenarzystów to zmiany tego stanu rzeczy. Mimo, że Dolina Krzemowa składa się z kilku kapitalnie wykreowanych postaci, to poziom poprzednich trzech sezonów zależał w dużej mierze od Erlicha. Czwarty sezon zmniejsza jego rolę i przygotowuje nas na pożegnanie z tą postacią w finale serii. Trudno wyobrazić sobie Dolinę Krzemową bez Erlicha, ale być może w jego miejsce pojawi się ktoś jeszcze ciekawszy. Zobaczymy.

Pozostałe wątki za to działają jak należy. Dinesh spotyka dziewczynę, poszukiwaną hakerkę, która dodatkowo nienawidzi Gilfoyle’a, Richard zacieśnia więzy z Gavinem, Jared jest… po prostu Jaredem. Bardzo fajny wątek dostał Gavin Belson, który za sprawą Dinesha musi pożegnać się z Hooli, a na jego miejsce wskakuje, znany z trzeciego sezonu, Jack Barker. Wątek wyjątkowo zabawny i fajnie poprowadzony. Powraca też Bighead, który tym razem przez pomyłkę zostaje… dziekanem na Uniwersytecie Stanforda. Ten pomysł to małe mistrzostwo świata i szkoda, że Bigheada jest w tej serii tak mało.

W ogólnym rozrachunku czwarty sezon Doliny Krzemowej wypada słabiej od poprzedników. Pod względem fabularnym wiele się nie zmieniło, a można powiedzieć wręcz, że zakończenie przywraca wydarzenia do punktu zero. Sytuacja Bigheada bawi do łez, sercowe problemy Dinesha również, a z drugiej strony brakuje starego Erlicha. Trudno wyobrazić sobie jak będzie wyglądał sezon piąty, ale i tak z przyjemnością go obejrzę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here