UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

REKLAMA



Na początku lipca zrobiłem sobie maraton – 7 kinowych filmów w ciągu 10 dni. Nadrobiłem zaległości, które teraz skrupulatnie spisuję. Tym razem padło na jeden z typowo letnich blockbusterów przedstawiający nową wizję znanej na całym świecie legendy. Recenzja filmu Król Artur: Legenda Miecza.

Artura (Charlie Hunnam) poznajemy, gdy jako sierota wychowuje się w miejskim domu uciech. Nie wie jeszcze, że jego ojcem jest obalony król Uther (Eric Bana), który zginął z ręki swojego brata, Vortigena (Jude Law). Vortigen nie może położyć swych łap na mitycznym, umieszczonym w skale, mieczu Excaliburze, ponieważ miecz swej mocy użyczy tylko bezpośredniemu dziedzicowi królewskiego tronu. Stąd  też rozkaz sprawdzenia wszystkich mężczyzn w królestwie, którzy zdążyli osiągnąć dorosły wiek. Jak już wszyscy wiedzą, miecz z kamienia wyciągnie jedynie Artur.

Pod względem fabularnym, film Guya Ritchiego (Sherlock Holmes) szału nie robi, ale też stara wystrzegać się schematów rządzących kinem fantasy. Pierwsza połowa tego dwugodzinnego widowiska pełna jest ciekawych motywów i całkiem zabawnych żartów. Niestety wraz z postępami w fabule, film traci swój pierwotny zamysł i bardziej od filmu fantasy przypomina kino superbohaterskie. Dużo tutaj skrótów myślowych i odkrywania tajemnic tak przewidywalnych, że można wielokrotnie zazgrzytać zębami. Kulminacją jest ostatni pojedynek wzorowany chyba na starciach z bossami w God of War, oczywiście w granicach kategorii wiekowej PEGI-13.

Przekleństwem filmu wydaje się wspomniana niska kategoria wiekowa. Nie mam nic do filmów „dla każdego”, ale w tym przypadku czuć rękę cenzorów. Artur, pokazany jako obrońca dręczonych kobiet, jest przecież zwykłym alfonsem bijącym klientów, którzy nie zapłacili. To samo tyczy się scen walki, w których ginie pokaźna liczba ludzi i baśniowych stworów. Nie ma praktycznie krwi, a przeciwnicy i tak padają od jednego machnięcia mieczem. Znak kina naszych czasów, ale przy filmie pokazującym wielkie bitwy wygląda to co najmniej groteskowo.

Nawet biorąc pod uwagę tematykę, ilość efektów specjalnych jest ogromna. Wiele scen razi sztucznością, a efekt nie są taki, jak zakładali twórcy. Oczywiście nie można wymagać, by każdy film wyglądał, jak Transformers, czy Batman v Superman. Z drugiej jednak strony, czasem warto dać na wstrzymanie, jeśli wiemy, że efekt nie zwali nikogo z nóg. Żeby nie było tak źle, muszę pochwalić scenografię i wybór lokacji, które są niesamowicie klimatyczne i pięknie podkreślają miejsce rozgrywania akcji, a całość okraszona jest fantastycznie skomponowaną muzyką!

Król Artur: Legenda Miecza to, jak wspomniałem na wstępie, typowy letni blockbuster, o którym bez zrobienia notatek, nie pamiętamy kolejnego dnia. Sztampowa fabuła, różnej jakości efekty specjalne, słabi bohaterowie drugoplanowi i trochę zabawnych momentów. Film na raz.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here