UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

REKLAMA



HELLBLADE: SENUA’S SACRIFICE 

Hellblade to nowa produkcja teamu Ninja Theory, ekipy odpowiedzialnej za Heavenly Sword, Enslaved: Odyssey to the West i DmC: Devil May Cry. Twórcy postanowili zająć się produkcją i dystrybucją gry i nie liczyć na narzucających własne pomysły wydawców. Dzięki temu dostaliśmy produkt jaki NT chciało nam dostarczyć i jaki sobie wymarzyło. Tylko, czy oznacza to, że zrobili dobrą grę? Moja recenzja.

Główną bohaterką opowieści jest Senua, młoda wojowniczka. Dziewczyna straciła ukochanego, ale przekonana o mocy przywracania dusz celtyckiej bogini Heli, rusza w podróż, by odzyskać swoją drugą połowę. Fabuła prowadzi Senueę w głąb nordyckich piekieł, gdzie mieczem toruje sobie drogę do celu. Jednak to nie twisty fabularne są największą siłą opowieści, sama bohaterka. Senua cierpi na chorobę psychiczną przez co nie wiemy, ile przedstawionych wydarzeń rozegrało się naprawdę, a ile w jej głowie. Ba, nie wiemy, czy wszystko co widzieliśmy nie było wytworem jej umysłu.

Twórcy ściśle współpracowali z osobami chorymi na schizofrenię oraz lekarzami zajmującymi się przypadkami psychotycznymi. I widać to na każdym kroku. Dzięki świetnej animacji i jeszcze lepszemu dubbingowi Senua wydaje się przerażająco prawdziwa, a jej strach i różnoraki przekrój emocji zaczynamy odczuwać sami. Uczucie niepokoju potęgują też głosy w jej głowie. Gra zaleca zabawę w słuchawkach i mogę potwierdzić, że to jedyny słuszny sposób, by przeżyć to doświadczenie. Senua słyszy kilka różnych głosów komentujących wydarzenia oraz podpowiadających jej co ma robić. W zasadzie część coś doradza, część odradza, a potem i tak wszystko się miesza. Same szepty zostały nagrane wprost genialnie i trudno szukać w elektronicznej rozgrywce czegoś podobnego. Trzeba to po prostu usłyszeć.

Trochę gorzej wypada rozgrywka. Przez pełne 7 godzin, jakie potrzebujemy na przejście, robimy cały czas to samo. Trafiamy do jakiejś lokacji, opuszczenie której wymaga rozwiązania prostej łamigłówki. Niestety interakcja Senui z otoczeniem jest bardzo ograniczona, ponieważ oprócz otwierania drzwi, dziewczyna nie robi praktycznie nic więcej. Łamigłówki ograniczają się do spostrzegawczości, wyszukiwania sprytnie poumieszczanych magicznych symboli i zabawy perspektywą. Pojawiają się jakieś urozmaicenia w postaci biegania w ciemności i skrywania się w świetle przed potworami, ale ogólnie rzecz biorąc, wszystko sprowadza się do jednego schematu.

System walki też nie robi wielkiego szału. Lekki cios, mocny cios, blok i to w zasadzie wszystko. Przeciwnicy pojawiają się tylko w wyznaczonych przez scenarzystów miejscach i jest ich raptem 6 rodzajów (jeśli nie 5…). Taktyka zawsze jest identyczna – parujemy/unikamy ciosu i wyprowadzamy kontry. W trakcie rozgrywki zdobywamy umiejętność zwalniania czasu, co sprawia, że po 1,5h zabawy jesteśmy praktycznie niepokonani. Tyczy się to również bossów, którzy padli przy pierwszym podejściu. Ogólnie podczas gry zginąłem z siedem razy, z czego trzy w sekwencji palącego się budynku.

Jak na tak skromny zespół, Hellblade wygląda przepięknie. Niesamowite, monumentalne budowle, obłędne widoczki i mistrzowska animacja twarzy sugerują, że mamy do czynienia z tytułem od wielkiego wydawcy, a nie dwudziestu osób. O obłędnych szeptach wspomniałem wyżej i to one sprawiają, że udźwiękowienie gry to najwyższa możliwa półka. Ba, dzięki podpowiedziom głosów w głowie Senui, udało się całkowicie zrezygnować z HUDa, by gracze jeszcze bardziej mogli wczuć się w klimat.

Hellblade: Senua’s Sacrifice kosztuje 125zł (tylko wersja cyfrowa), co jest ceną bardzo uczciwą i w pełni usprawiedliwioną. To bardziej emocjonujące doznanie, niż gra konsolowa. Nie mamy tutaj porywającej akcji i pojedynków z God of War, ale i tak każda spędzona z nią godzina mocno zapisuje się w pamięci. Bardzo ciekawa produkcja!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here