UDOSTĘPNIJ
REKLAMA

REKLAMA



NARCOS Sezon 3 – Recenzja

Późno zabrałem się za pierwsze dwa sezony Narcos. Gdy już do tego przysiadłem to wszystkie odcinki dwóch serii padły w ciągu tygodnia, a po wszystkim zacząłem czytać o Pablo Escobarze i stworzonym przez niego imperium. Koniec historii Escobara okazał się początkiem dla kartelu Cali, który dzieli i rządzi w najnowszej serii. Recenzja 3. sezonu Narcos.

Zgodnie z zapowiedzią z końcówki drugiej serii Javier Peña otrzymuje kolejne zadania i tym samym szansę na odkupienie win. Otrzymując stanowisko attaché DEA w Kolumbii oczekuje się od niego, że rozpracuje i wyłapie bossów kartelu Cali, który z dotychczasowej konkurencji Escobara, stał się największym producentem ciężkich narkotyków na świecie.

Dżentelmenów z Cali, bo tak nazywała ich prasa, poznaliśmy już w poprzednim sezonie Narcos, gdy po nieudanych negocjacjach, co do podziału amerykańskich terytoriów dostaw, Escobar postanowił siłą zmusić ich do kapitulacji. Tym razem to bracia Gilberto i Miguel Rodriguez, Pacho Herrera i Jose „Chepe” Santacruz rozdają karty, a po rozbiciu kartelu z Medellin przez pewien okres kontrolowali nawet 80% eksportu kokainy do USA.

Największą siłą trzeciego sezonu jest zupełnie inne spojrzenie na organizację przestępczą. Tam, gdzie Escobar budził respekt brutalną siłą i zastraszaniem, bossowie z Cali wzmacniali swoją pozycję przez tysiące łapówek wręczanych ludziom z najwyższych stanowisk administracyjnych, sądowych, czy kupując praktycznie większość policjantów w Cali. Jakby tego było mało, Dżentelmeni z Cali postanowili zagrać na nosie wszystkim i wynegocjować z rządem warunki poddania się. W ciągu pół roku mieli zrzec się wszystkich nielegalnie zarobionych pieniędzy, zachować kasę wygenerowaną przez ich legalne firmy i symbolicznie odsiedzieć jakiś czas w więzieniu. Plan genialny w swojej prostocie został zaakceptowany przez wszystkich oficjeli, ale Peña nie daje za wygraną i postanawia pokrzyżować im plany.

Tak zorganizowany kartel to zupełnie inne wyzwania dla agentów, a dla nas niesamowite widowisko, pełne zwrotów akcji i nieszablonowych rozwiązań. Tak, tym razem mamy mniej fragmentów „dokumentalnych”, a historia jest bardziej fabularyzowana. Są więc pościgi, brutalne strzelaniny, tortury i cała masa szpiegowskiej roboty po obu stronach barykady. Kartel z Cali posiada bardzo rozbudowaną siatkę swoich agentów, zwanych potocznie KGB z Cali, którzy świetnie radzą sobie z technologiami, a za pomocą przekupstwa mają dostęp do podsłuchów, poufnych dokumentów i wszystkich wrażliwych danych, które mogą zepsuć robotę DEA i CIA. Dla nas oznacza to prawdziwe podchody i dużo, naprawdę dużo emocji. Wiele scen wprowadza tak duże napięcie, że trudno wysiedzieć spokojnie przed telewizorem. Emocji scenarzyści nie odpuścili nam do samego końca i wierzcie mi, że są to naprawdę mocne sekwencje.

Pierwsze dwa sezony Narcos zachwyciły mnie swoją „innością”. Amerykański serial, w którym większość bohaterów mówi po hiszpańsku nie miałby wielkich szans w otwartej telewizji. Netflix zaryzykował, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Wszystkie rozmowy prowadzone w ojczystym języku urzekały autentycznością i dbałością o szczegóły. W trzeciej serii jest identycznie, nawet jeśli postaci znających angielski jest teraz sporo więcej. Bossowie, ich ludzie, urzędnicy – wszyscy rozmawiają po hiszpańsku, co stwarza niepowtarzalny klimat i na każdym kroku podkreśla, że jesteśmy na kolumbijskiej ziemi, a nie na kolejnej amerykańskiej kolonii. Ubóstwiam Narcos za takie szczegóły.

Trzeci sezon Narcos, okazuje się najlepszy ze wszystkich, lepszy niż dwie poprzednie serie razem wzięte. Niebywałe osiągnięcie scenarzystów trzeba docenić, bo zagrało dosłownie wszystko. Fantastycznie dobrane postaci, wielkie emocje i mnóstwo kipiących od napięcia scen sprawiły, że oglądanie każdej minuty z tych niespełna dziesięciu godzin to nieopisana przyjemność. Jestem zachwycony i z niecierpliwością oczekuję czwartego sezonu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here