UDOSTĘPNIJ

Za nami oczekiwana (przez niektórych) premiera ósmego sezonu The Walking Dead. Pierwszy odcinek tej serii jest zarazem setnym odcinkiem całego serialu, więc twórcy kazali nam się przygotować na nieco inny format i mnóstwo easter eggów dla fanów serialu i komiksu. Jak wypada premiera? O tym w poniższej, pełnej spoilerów, recenzji The Walking Dead 8×01: Mercy.

Nie doczekaliśmy się przeskoku w czasie, ponieważ akcja startuje niedługo po tym, jak mieszkańcy Alexandrii, Wzgórza i Królestwa postanowili powstać z kolan i przeciwstawić się tyranii Negana. Rick, Ezekiel i Maggie jako liderzy poszczególnych osad motywują ludzi do walki i planują pozbyć się zagrożenia raz na zawsze.

 

Odcinek przeplatany jest snem/wizją Ricka o przyszłości. Siwiutki, kilka lat starszy i poruszający się o lasce rozmawia z ukochaną Michonne, nastoletnią córką i dogląda osady, która przemieniła się w piękny ogród z masą upraw. Oczywiście jest to mrugnięcie okiem do widzów znających komiks. Po erze Negana, w komiksie mieliśmy przeskok w czasie (chyba o 3 lata), a znany nam świat bardzo się zmienił, ponieważ mieszkańcy zaczęli hodować zwierzęta, poruszać się konno i wszelkiego rodzaju wozami zaprzęgowymi, bo przecież paliwo do aut kiedyś musiało się skończyć. Życie mieszkańców zaczęło przypominać dzisiejszych Amiszy i właśnie to zobaczyliśmy w powracającej kilkukrotnie wizji. Laska i kulawy Rick nawiązują do rany postrzałowej biodra, jaką sprezentował mu Negan przy ostatecznym starciu. Czy to zapowiedź kolejnych wydarzeń, czy tylko zabawa z fanami? Zobaczymy zapewne pod koniec tego sezonu.

Reszta odcinka to atak połączonych sił na elektrownię Zbawców i jest to zarazem najsłabszy element odcinka. Po pierwsze samo przygotowanie ataku to jeden wielki chaos i kompletnie nieprzemyślany teledysk niewiele mówiących scen. Widzimy Daryla, który dzięki informacjom od Dwigtha ściąga czujki na poszczególnych posterunkach i to wypadło fajnie. Natomiast Carol, Tara i Morgan łażą po wiaduktach, sprawdzają zegarki i gadają nie wiadomo o czym. Oczywiście ich plan ma sens, o czym dowiadujemy się później, ale zostało to pokazane w bardzo poplątany i wyjątkowo nieciekawy sposób.

Czas na atak. Rick ze swoimi najbardziej zaufanymi kompanami podjeżdżają uzbrojonymi wozami po elektrownię, a na ich powitanie wychodzą przywódcy Zbawców – Negan, Dwight, Simon, Eugene, Regina i Gavin. Rick rzuca przemowę i proponuje poddanie się Zbawców, wtedy ucierpi tylko jedna osoba. I tak sobie gadają, aż Negan wyciąga z szafy Gregory’ego próbującego wywrzeć presję na mieszkańcach Wzgórza krzycząc, że Wzgórze wspiera Zbawców. I wreszcie po tych nudnych 10 minutach Rick postanawia zaatakować. Oczywiście nikt nie trafia Negana, ani żadnego z jego popleczników, bo najważniejszym punktem planu było dokonanie jak największych zniszczeń w siedzibie Zbawcow i sprowadzenie doń hordy zombie (tym zajmowali się Carol, Tara i Morgan).

I tak, może ma to sens, ale kurde… 20 osób ma na muszce 5 złoli (no w Dwighta teoretycznie nie powinni celować) i wszyscy czekają aż Rick zacznie strzelać, co ten robi dopiero po ostentacyjnym odblokowaniu i wycelowaniu broni, czyli wtedy, gdy już uciekli. Dlaczego Maggie nie celowała w głowę Negana? Dlaczego nie zrobili tego Jezus, Aaron czy randomy przyciągnięci z osad? Takie załatwienie sprawy jest po prostu kpiną z widzów i uwidacznia gigantyczny scenariuszowy problem już pierwszym odcinku tej serii.

Końcówka to kolejny debilizm, bo Gabriel chcąc uratować rannego Gregory’ego zostaje przez niego oszukany, a sam pozostawiony na pastwę losu w siedzibie Zbawców i oczywiście od razu wpada w łapy Negana. Teraz trzeba się spodziewać, że będzie szantażował Ricka, albo pozna jego plany i sam będzie robił podchody przez kolejne 5 odcinków. Słabo, po prostu słabo.

Odcinek miał jeszcze kilka innych scen, które lekko zarysowują kierunek w jakim podąży sezon. Koleś, którego przegonił Rick, a któremu jedzenie zostawił Carl może być na dobrą sprawę szpiegiem, albo zupełnie nową, ważną postacią. Castingi mówiły o człowieku imieniem Abbud, amerykańskim muzułmaninie o zszarganych nerwach przez wieloletnie życie w samotności. Ja stawiam, że to Saddiq, członek społeczności mieszkającej na Oceanem, który w komiksach pojawił się po erze Negana.

Podsumowując, to nie był dobry start. Pierwszy odcinek ósmej serii The Walking Dead był schematyczny, do bólu przewidywalny i… tani. Przez większość odcinka wydawało mi się, że to niskobudżetowy klon serialu, który gromadzi przed telewizorami 15 milionów widzów. Koszmarne efekty specjalne, ujęcia strzelaniny rodem z kina klasy D i te komputerowo dodane iskry od pocisków. Wyglądało to żenująco. Potrzeba dużej poprawy.