UDOSTĘPNIJ

Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości nie był tak zły, jak wszyscy go malują, a Wonder Woman nie była tak dobra, jak można przeczytać w wielu recenzjach. Jednak oba filmy mimo, że miały dużo wpadek, zgrabnie uchwyciły esencję komiksów DC i pozwalały z optymizmem patrzeć w przyszłość. I tak właśnie podszedłem do Ligi Sprawiedliwości, który jest bezpośrednią kontynuacją starcia ikon DC.

Akcja rozpoczyna się niedługo po Batman v Superman. W Gotham rozprzestrzeniają się hordy potworów, które Bruce widział w swojej wizji. Latające parademony zwiastują nadejście czegoś wielkiego, więc już po kilku chwilach Batman wciela w życie plan skompletowania drużyny złożonej z metaludzi. Diana Prince nie potrzebuje zaproszenia, więc Batman spotyka się Arthurem Curry (Aquaman) i Barry Allenem (Flash). Drużynę uzupełnia Cyborg, chłopak uwięziony w ciele stworzonym z kryptońskiej technologii. A tymczasem na Ziemię przybywa Steppenwolf…

I to właśnie ze Steppenwolfem mam największy problem. Gdy Joss Whedon przejął film od Snydera (śmierć córki) postać złoczyńcy została kompletni olana. Steppenwolf przybył, by zebrać Mother Boxy, trzy potężne skrzynie, które od wieków znajdują się na Ziemii (jedną mają ludzie, drugą Amazonki, trzecią Atlanci) i które były przyczynkiem do wielkiej inwazji kilka tysięcy lat temu. Steppenwolf przybywa, by zebrać skrzynie i… nie mamy pojęcia do czego mu są potrzebne. Bredzi coś o Jedności, o matce, o straconym honorze, o wygnaniu, a nawet w jego gadkach przewija się Darkseid. No i tak sobie koleś jest, zbiera sobie te skrzyneczki i grzecznie czeka aż bohaterowie go znajdą i zafundują mu gigantyczny oklep. Jasne, Steppenwolf uważa się za prawowitego władcę Ziemi i dopiero po śmierci Kryptończyka postanowił powrócić, by ją sobie podporządkować. Pytanie tylko, czemu nie zrobił tego podczas tych tysięcy lat, gdy Supermana jeszcze nie było? Bez sensu.

Liga Sprawiedliwości to jednak film skupiający się na bohaterach. Zapominając o trzecioligowym złoczyńcy możemy bliżej przyjrzeć się Lidze. Batman (Ben Affleck) nieco zmienił się od ostatniego spotkania. Jest zabawny, bardziej przyjacielski i mniej humorzasty. Pasuje idealnie do stylistyki filmu i po prostu da się lubić. Po solowym filmie Wonder Woman (Gal Gadot), w żyjącej współcześnie Dianie brakuje mi tej słodkiej naiwności. Doświadczona Amazonka nie robi już tak dobrego wrażania, natomiast w dalszym ciągu wygląda obłędnie i na długi czas przykuwa wzrok. Aquamana (Jason Momoa) trudno polubić od pierwszego spotkania. Mruczący i niezbyt koleżeński sprawia wrażenie gburowatego alkoholika. Z czasem jednak wyrasta na największego śmieszka w drużynie i naprawdę fajną postać. Najsłabiej wypada Cyborg (Ray Fisher). Połączony z kosmiczną technologią chłopak gra tutaj rolę ofiary losu, a zastosowane w jego przypadku CGI razi w oczy za każdym razem. Pozostaje Flash (Ezra Miller), który jest fantastyczną postacią. Chłopak wygaduje wszystko co ślina przyniesie mu na język, kompletnie nie potrafi zachować się w towarzystwie i nie bardzo wie, co robi w drużynie takich osobliwości. Jest mega zabawny i, jak mało kto, zasługuje na własny film. W filmie pojawia się również Superman (Henry Cavill), będący tym razem tym czułym i milutkim „wiecznym skautem”, jakiego znamy z kart komiksów.

Tak utworzona drużyna spisuje się dobrze, aczkolwiek nie jest to poziom Avengers. Tak naprawdę Liga nie miała tutaj żadnego wyzwania. Wszystko szło bezproblemowo, bohaterowie byli zbyt potężni jak na Steppenwolfa i jego parademony. Jedyną trudność stanowiło zebranie drużyny i dogadanie się tych nietuzinkowych osobowości. Mimo to, świetnie ogląda się współpracę superbohaterów w różnych konfiguracjach. Raz Batman pracuje z Aquamanem, Flash z Wonder Woman, a za chwilę pary się mieszają i jest naprawdę widowiskowo. Pod tym względem Justice League po prostu dostarcza.

Ciekawostka: W trakcie dokrętek, niedługo przed premierą, Henry Cavill przybył na plan z bujnym wąsem. Wąsy posiada jego postać w Mission Impossible 6, a studio zastrzegło, że nie może ich zgolić do końca zdjęć. Tym samym w Lidze Sprawiedliwości wąsy zostały cyfrowo usunięte w postprodukcji, a na zbliżeniach Superman wygląda niesamowicie sztucznie.

Co innego efekty specjalne. Jak na film o tak potężnym budżecie i po genialnym wizualnie Batman v Superman tutaj jest… średnio. CGI bije po oczach dużo częściej niż powinno, dachy Gotham wyglądają jak wycięte z Sin City, a wielkie skoki Wonder Woman i Aquamana przywodzą na myśl kreskówki. Ba, zapomniano nawet o niesamowitym efekcie łamania bariery dźwięku prze Supermana. Przeszkadza to trochę w odbiorze całości, bo przy dzisiejszych możliwościach kino superbohaterskie może wyglądać o wiele bardziej realistycznie. Mimo wielu niedoróbek i dużej sztuczności niektórych scen, akcja jest szalenie widowiskowa, a kilka scen wręcz poraża rozmachem. Co prawda finałowa walka mogłaby być bardziej epicka, ale i tak jest nieźle.

Liga Sprawiedliwości spełniła niezbyt wygórowane oczekiwania, ponieważ jest filmem lepszym niż Batman v Superman. I tyle. Film jest strasznie pocięty, czarny charakter ssie po całości, a wzrok irytuje dużo elementów cyfrowych. Z drugiej strony mamy fajną grupę bohaterów, fajny humor i kilka bardzo widowiskowych scen. Sequel przyjmę bardzo chętnie.