Miniseria Wolverine: Trzy miesiące do śmierci nie dowiozła. Zapowiedź uśmiercenia Rosomaka i niemal dwuletnie przygotowywanie czytelników na ten wielki moment okazało się wydmuszką, mimo kilku jaśniejszych momentów. Doszliśmy jednak do końca, do albumu, który wszystko zakończy. Czas na Śmierć Wolverine’a.

Co musimy wiedzieć, by podczas lektury nie wertować internetu w celu poszukiwania informacji o wydarzeniach, czy bohaterach? W zasadzie tylko tyle, że Wolverine utracił swój czynnik gojący przez co jest podatny na wszystkie znane nam zagrożenia i przede wszystkim może umrzeć. Więcej informacji nie potrzebujemy, ponieważ album jest opowieścią w pełni samodzielną. Sprawia to, że Trzy miesiące do śmierci można traktować jako podsumowanie dwuletniego runu Cornella, a nie przystawkę do dania głównego, którego recenzję czytacie.

Wyznaczono nagrodę za żywego Wolverine’a, a ponadto wygląda na to, że Program X znów jest kontynuowany. Wolverine postanawia dowiedzieć się, kto zrobił na niego zlecenie, a trop prowadzi go przez cały świat.

Prosta fabuła spisuje się tutaj świetnie. Wolverine prowadząc śledztwo odwiedza lokacje, które przez lata stały się dla niego bardzo ważne. Logan robi swoje w Kanadzie, odwiedza Madropoor oraz Japonię, by w końcu dotrzeć tam, gdzie wszystko się zaczęło. Sprytne zagranie scenarzysty, Charlesa Soula pozwoliło fajnie podsumować pokręconą historię Wolverine’a. Przez fabułę przewijają się jego ikoniczni przeciwnicy, ale nie grają oni większej roli.

W dwutomowym poprzedniku narzekałem na zbyt dużą ilość postaci wciśniętych na siłę, aby zwiększyć atrakcyjność zeszytów. Śmierć Wolverine’a zaskakująco nie pokazuje nam ich prawie wcale. Pojawia się jedynie Kitty Pryde i odgrywa znaczącą rolę w historii. Reszty X-Menów nie uświadczymy, co jest bardzo dobrym pomysłem. Brak niepotrzebnych rozpraszaczy pozwala skupić się na głównym bohaterze, który również zachowuje się inaczej niż przyzwyczaiły nas ostatnie lata. Logan nie ma rozsterek, nie wątpi w swoje zdolności, ogólnie nie zamula. Widzimy, że częściej polega na swoich zmysłach i nawet jeśli odczuwa strach, to bierze się za wykonanie postawionego sobie celu. Dobra zmiana.

Śmierć Wolverine’a to także fantastyczna robota techniczna. Rysownik Steve McNiven, który odpowiadał za cudownie zilustrowaną serię Old Man Logan pokazał, że dalej ma to coś. Zachwyca dbałością o szczegóły w każdej ze scen. Na twarzy Logana widzimy mnóstwo blizn, ran, a jego włosy jeszcze nigdy nie wyglądały tak dobrze. Pracę McNivena świetnie uzupełniają odpowiedzialny za tusz Jay Leisten i zajmujący się kolorami Justin Ponsor. Majstersztyk.

Śmierć Wolverine’a to komiks, który każdy fan Marvela powinien mieć w swojej kolekcji. Dobrze napisana historia świetnie podsumowuje dekady, w których Rosmak gościł na kartach komiksu i funduje mu godne pożegnanie. Polecam bardzo mocno!

PS. Wolverine oczywiście oficjalnie powróci w serii Marvel Legacy, która zadebiutowała w listopadzie tego roku.