UDOSTĘPNIJ

Bright – najdroższy film Netflixa, w obsadzie jedna z największych hollywoodzkich gwiazd oraz arcyciekawa tematyka zaintrygowały na tyle, że film wpisałem na listę najbardziej oczekiwanych produkcji zaraz za Gwiezdnymi Wojnami. Jak wyszło?

Jakieś dwa tysiące lat temu na Ziemi pojawił się Władca Ciemności, Pan Mroku czy inny potężny madafaka. By odeprzeć twardziela, większość ziemskich ras zawiązało przymierze. Ludzie, Elfy, Krasnoludy i przedstawiciele pomniejszych społeczności razem stawili czoła złu i wypędzili wroga. Jedynie Orkowie wybrali przeciwną stronę, a po przegranej stali się najbardziej pogardzaną częścią społeczeństwa.

W ten sposób przeskakujemy w czasy współczesne. Świat wygląda jak ten, w którym mieszkamy, ale wśród nas jakby nigdy nic żyją Elfy, wróżki, magowie, czy właśnie Orkowie. Nick Jakoby (Joel Edgerton), Ork niepełnej krwi ze spiłowanymi kłami służy w policji. Przez jego błąd postrzelony został jego partner Scott Ward (Will Smith), a sprawca, również Ork, nie został nigdy ujęty. Wszyscy, wraz z Wardem, obwiniają Nicka, że ten w ramach rasowej solidarności pozwolił uciec przestępcy. I tak, oto wyjątkowo niezgrany duet musi sobie zaufać i dalej współpracować, bo nikt inny nie chce Orka za partnera, a Ward nie ma za bardzo wyjścia. Intryga zawiązuje się, gdy partnerzy odpowiadając na wezwanie dotyczące strzelaniny, na miejscu znajdują przestraszoną Elfkę, która jest w posiadaniu magicznej różdżki, jednego z trzech legendarnych artefaktów, którego używać mogą jedynie osoby posiadające specjalne preferencje, tzw. Świetliści (tytułowe Bright). Różdżki znajdując się w posiadaniu nieodpowiednich osób są w stanie otworzyć portal i wpuścić czyhającego na okazję Władcę Ciemności.

I co? I niestety nic. Serio. Trochę ponad dwugodzinny film rozkręca się zbyt wolno i nudno, a na koniec nie starcza czasu na efektowną konkluzję. Zdecydowana większość produkcji skupia się na policyjnej robocie, skorumpowanych gliniarzach, gangach Los Angeles, w których miejsce Salvatrucha, Crips czy Bloods zajmują ugrupowania pogardzanych Orków. Na dobrą sprawę Bright wygląda bardziej jak uboga produkcja wzorowana na filmie Bogowie Ulicy (tego samego reżysera) niż oryginalna mieszanka thrillera z fantasy. Brak tutaj zdecydowania, w którą stronę ma pójść fabuła, brak tutaj wyrazistych bohaterów, brak sensownych antagonistów i wątków godnych zapamiętania. Nie wiem, czy to pierwotny zamysł, czy wizja ewoluowała podczas produkcji, ale pomysłowa otoczka fantasty jest niczym pusta w środku bańka mydlana. Nie ma tam dosłownie nic.

Budżet wynoszący aż 90 milionów dolarów to ogromna ilość gotówki biorąc pod uwagę, że film nie pojawi się w kinach. Tak wielka kasa dawała nadzieję, na nietuzinkową widowiskowość, która może sprawić, że zapomnimy o słabej fabule. Nic z tych rzeczy. Reżyserią zajął się David Ayer, gość stojący za Legionem Samobójców (Suicide Squad) i razem z nim przyszły identyczne problemy. Bardzo chaotyczne, trudne do ogarnięcia sceny akcji uzupełnione są o przestarzałe zwolnienia, których współcześnie się już nie stosuje. Pomiędzy bohaterami nie czuć żadnej chemii, nie jest to ani buddy movie, ani bromance. Ot, po prostu dwójka wkurzających policjantów, którzy się nie lubią. I tyle. Umieszczone w filmie żarty w ogóle nie śmieszą, a rzucane na siłę niby zabawne teksty budzą uśmiech, ale politowania…

Bright dostanie sequel. Czy to dobrze? Tak, ponieważ jest w tym potencjał, który w rękach bardziej utalentowanego scenarzysty i lepszego reżysera może jeszcze pozytywnie zaskoczyć. Jeśli macie Netflixa, zobaczcie i wyróbcie własne zdanie, może przypadnie wam do gustu, a większa oglądalność to też większa motywacja do stworzenia kolejnych wysokobudżetowych oryginalnych produkcji dla Netflixa i konkurencj. Mi zabrakło fabuły, akcji i przede wszystkim magii, tej dosłownej i tej w przenośni.