Tak, mam Switcha! Mam i uwielbiam tę niepozorną maszynkę. Nintendo poszło pod prąd i zamiast licytować się na teraflopy i rozdzielczości zrobiło sprzęt, który bawi dosłownie wszędzie. Tryb stacjonarny działa znakomicie, tryb przenośny niczym mu nie ustępuje, a prostota użytkowania jest bezkonkurencyjna. O konsolce jako takiej napiszę oddzielny tekst, a dzisiaj skupię się na mięchu.

Na pierwszy ogień premierowy i zarazem najlepszy tytuł, gra 2017 roku – The Legend of Zelda: Breath of the Wild. Każdy już pewnie słyszał, że ta gra jest niesamowita, obłędna, nietuzinkowa i tak dalej i tak dalej. Tak, jest! Ale dlaczego? Co definiuje ten tytuł i co sprawia, że zostawia w tyle wielkie produkcje z dużo większych konsol i te z dużo większym budżetem? Postaram się o tym opowiedzieć w poniższym tekście.

W zamierzchłych czasach w Hyrule pojawił się demoniczny byt – Ganon. Potężna istota została pokonana przez starożytne plemię Sheikah, które dysponowało bardzo zaawansowaną technologią oraz gigantycznymi mechami, zwanymi Divine Beasts. Ganon powrócił kilka tysięcy lat później znów grożąc całemu Hyrule, więc Król, ojciec Zeldy, zebrał najlepszych wojowników ze wszystkich ras i powierzył im zadanie powstrzymania szerzącego się zła. A my… rozgrywkę zaczynamy 100 lat później, po przegranej wojnie, w świecie, w którym rządzi Ganon, a po wielkich bohaterach zaginął ślad. Jednak największy z nich – Link ostatnie stulecie spędził w swoistej hibernacji i teraz, pozbawiony pamięci pojawia się w kompletnie odmienionym świecie…

To, ile wyciągniemy z fabuły zależy tylko od nas. Cierpiący na amnezję Link dawne wydarzenia poznaje słuchając opowieści i legend poznanych postaci. W zasadzie już na samym początku otrzymujemy główny cel, do którego możemy się po prostu udać i spróbować swoich sił. I przy odpowiedniej rozgrywce oraz pewnej dozie kombinacji i zręczności grę można ukończyć nawet w 40-50 minut, co udało się wielu graczom na świecie. Jasne, taki wynik jest nieosiągalny dla przeciętnego gracza, ale wspominam o tym, by podkreślić, że Zelda to przede wszystkim bardzo duża dowolność. Nikt nie rozlicza nas z wykonanych zadań, ze zdobytych przedmiotów, czy zabitych przeciwników. Musimy po prostu znaleźć sposób na to, by zagrożenie zniknęło, a Link stał się bohaterem, o którym mówią legendy.

Breath of the Wild opowiada historię legendarnego wojownika, ale przewrotnie dużo większy nacisk położono na eksplorację niż na walkę. To dzięki zwiedzaniu poszczególnych krain Hyrule znajdujemy nowe zadania, odnajdujemy miasta, wioski i ruiny. Ograniczeniem dla swobody jest konieczność przygotowania się na niesprzyjające warunki atmosferyczne. Im wyżej, tym naturalnie zimniej, więc przed zdobyciem oblodzonego szczytu trzeba zaopatrzyć się w sprzęt to ochrony przed mrozem. Analogicznie zdobywamy dostęp do rejonów wulkanicznych, czy pustyni. To jak twórcy wykorzystali pogodę robi kolosalne wrażenie. Podczas deszczu nie da rady wspiąć się na śliskie skały, nie możemy też nic upichcić czy odpocząć przy ognisku, bo… wiadomo. Chmury burzowe sprawiają, że trzeba się gdzieś ukryć, bądź schować cały metalowy sprzęt, bo ściągnie pioruny. Z kolei żar z rejonów wulkanicznych spopieli nasz drewniany ekwipunek, a nawet wypadający z wrogów loot jeśli szybko go nie zbierzemy. Najważniejsze jednak, że rozwiązanie tych problemów zostawiono graczom. Nie jesteśmy prowadzeni za rączkę, więc sporo pozostawiono naszej zaradności i wyobraźni. Tym bardziej, że z niesprzyjająca aurą możemy poradzić sobie na różne sposoby. Dla przykładu nie mogłem wspiąć się na wieżę, którą otaczały lodowe głazy. Po pewnym czasie wpadłem na pomysł, by rzucić na ziemię noszone drewno, dołożyłem krzemień, walnąłem mieczem i… wytworzyła się iskra, drewno zapłonęło, lód się stopił, droga stanęła otworem. Oni to przewidzieli!

W nowej Zeldzie nie da się uniknąć walki, ale jak wspomniałem wyżej, jest jej niewiele. Czuć tutaj pewną inspirację serią Souls, oczywiście bardziej stonowaną i uproszczoną, ale w gruncie rzeczy mechanika jest zbliżona. Tarcza i miecz, dwuręczne topory, miecze, maczugi, halabardy, dzidy – dostajemy chyba cały przekrój broni białej, z której korzystamy bardzo rozważnie. Opuszczenie gardy, czy brak uniku może skończyć się śmiercią od jednego ciosu zadanego nawet przez szeregowych Bokoblinów. Ponadto oręż ma bardzo małą wytrzymałość i niszczy się dość szybko. Nasuwanie we wszystko co się rusza, skończy się wyczyszczonym ekwipunkiem i „małym” problemem. Przyznam, że aspekt broni ulegającej zniszczeniu bardzo uwierał mnie w początkowych fazach rozgrywki, gdy z przymusu biegałem jedynie ze znalezionymi gałęziami… jak na legendarnego bohatera przystało… Po pewnym czasie przyzwyczaiłem się do tego, zacząłem rozważnie dysponować bronią, zwiększyłem pojemność ekwipunku, a z silniejszego oręża korzystałem jedynie w starciach z silniejszymi przeciwnikami.

Nie spodziewajcie się tutaj klasycznego rozwoju postaci. Link nie otrzymuje żadnych punktów doświadczenia i nie leveluje. Tego po prostu nie ma. Rozwijanie postaci odbywa się przez rozwiązywanie zagadek i otrzymywanie nagród zwiększających jego możliwości. Te są dwie – w specjalnych kapliczkach, po zebraniu zdobytych kul (o tym niżej) wybieramy, czy chcemy zwiększyć zdrowie, czy wytrzymałość (staminę). I to tyle. Żadnych drzewek umiejętności, żadnych specjalnych ciosów i tym podobnych. Wszystkie umiejętności Linka, oprócz jednego wyjątku, poznajemy w pierwszej godzinie gry. Wyjątkiem tym są nagrody za okiełznanie trochę zdziczałych Divine Beasts, ale to już odkryjcie sami.

Czego nie załatwi rozwój postaci, to uzupełnia ekwipunek. Zdobyte stroje nierzadko zwiększają ochronę przed żywiołami, a niekiedy oferują dodatkowe bonusy (zwiększenie ataku, obrony itp.). Dodatkowo, jeśli znajdziemy poukrywane w świecie gry gigantyczne wróżki i zbierzemy dużo surowców atrybuty możemy zwiększyć atrybuty ciuchów. Dużo łatwiej zapewnić sobie kilkuminutowe buffy dzięki gotowaniu. Żeby sklecić jakieś danie potrzebujemy po pierwsze składników (polecam zbierać co tylko się nawinie), a po drugie garnka i ogniska. Nie można przy sobie nosić zestawu kuchennego, więc znalezione miejsca oznaczamy sobie na mapie w wracamy w razie potrzeby. Potrawy w zależności od składników zwiększają czasowo wytrzymałość, zdrowie, zapewniają regenerację, czy wspomagają obronę i atak.

Genialnie rozwiązano sprawę zagadek. Cztery główne to bardzo rozbudowane sekwencje, gdzie na pokładzie czterech Divine Beasts musimy rozwiązać szereg łamigłówek przy wykorzystaniu unikalnych cech mechów. Zadania te są po prostu FANTASTYCZNE! Inteligentne, wymagającą i dające nieopisana frajdę. Divine Beasts to jednak nie wszystko. Na olbrzymiej mapie rozsiano 90 specjalnych świątyń, których odkrycie i zaliczenie daje kule/orby do ulepszenia zdrowia lub wytrzymałości. Świątynie oferują cały przekrój wyzwań. Pojedynki ze starożytnymi maszynami, potężny wachlarz logicznych łamigłówek z wykorzystaniem zdobytego sprzętu, zabawy z perspektywą, wykorzystywanie żyroskopów i tak dalej. Znajdziecie tutaj chyba wszystko, co oferują różnorakie gry logiczne. Solidne wyzwanie i wyjątkowa miodność. Dość powiedzieć, że 5 dni pod rząd spędziłem tylko na tropieniu świątyń i korzystania z szarych komórek.

Czy Zelda jest grą idealną? Nie. Znalazło się kilka rzeczy, które dość skutecznie uprzykrzało zabawę. Najbardziej dokuczały mi konie. Sterowanie rumakiem jest tak toporne, a jego zachowanie tak tępe, że dość szybko zdecydowałem, że całą grę pokonam z przysłowiowego buta. Rozczarowały też zadania poboczne. Z 72 dostępnych zaliczyłem może z połowę, ale tylko dlatego, że chciałem wyczyścić dziennik. Cele są pierdółkowate, a nagrody nie warte zachodu. Jest tutaj dużo do poprawy w przypadku ewentualnego sequela.

Legend of Zelda: BotW wygląda obłędnie. Po prostu. Pierwszy kontakt w trybie przenośnym to jedno, wielkie ŁAŁ! Piękna, kolorowa grafika, bardzo daleki horyzont, mnóstwo szczegółów – szczęka na podłodze. W trybie telewizyjnym nie jest już tak wystrzałowo (biorąc pod uwagę, że głównie gram na PS4), ale i tak nie można odmówić twórcom wizji artystycznej. Płynność, cudowna zabawa kolorami i bardzo zróżnicowany świat zachwycają na każdym kroku. W parze z grafiką idzie pięknie przygrywająca muzyka idealnie dostosowująca się do sytuacji. Spokojne pobrzękiwanie, zmienia się w ostrzejsze tony podczas zagrożenia, a podczas wielkich zwycięstw przygrywa prawdziwie epicka nuta. Zastrzeżenie mam tylko jedno – dlaczego jedyne dźwięki wydobywające się z kobiecych ust to stękanie podobne do wybujałej artykulacji aktorek z branży dla dorosłych? Siedzisz sobie w jakiejś poczekalni, a ze słuchawek wydobywa się jęk auhaaaaa

The Legend of Zelda: Breath of the Wild to gra warta każdych pieniędzy, nawet tak dużych jak żąda za nią Nintendo. W małym kartridżu zamknięto wielki i piękny świat oraz głęboką i niesamowicie sycącą rozgrywkę. I nie ważne czy grasz 10 godzin, czy 70 – i tak znajdziesz w niej coś, o czym nie miałeś wcześniej pojęcia. Czapki z głów i wielkie pokłony!