UDOSTĘPNIJ

Czekamy na kolejne sezony tasiemców ciągnących się latami. Czasem warto jednak zaryzykować i dać szansę niepozornej produkcji, która gdzieś tam mignie w ciągle rosnącej bibliotece Netflixa. Słuchając kolegi z pracy do swojej listy dodałem Dom z papieru do obejrzenia „kiedyś tam”. Kilka dni temu odpaliłem pilota, a niedługo potem nie wiedziałem czym zapełnić pustkę po zaliczeniu wszystkich 13 odcinków. Ależ to jest dobre!

Przenosimy się do Hiszpanii, gdzie grupa wszelkiego rodzaju przestępców zostaje zwerbowana przez tajemniczego Profesora to wykonania skoku stulecia – obrobienia hiszpańskiej mennicy. Pół roku szczegółowego planowania, dzień skoku, wzięcie 67 zakładników i… dopiero teraz zaczyna się prawdziwa jazda.

Hiszpańska produkcja zaproponowała pomysł, który do tej pory seriale omijały szerokim łukiem. Mieliśmy masę filmów o błyskotliwych napadach (Ocean’s Eleven, Plan Doskonały, Włoska Robota), ale nigdy nie udało się przekuć tego w emocjonujący serial. Dom z papieru kompletnie zmienia ten stan rzeczy, a pomimo oczywistych inspiracji zachowuje świeżość i atakuje widza kolejnymi zaskakującymi rozwiązaniami.

Główną osią fabularną jest genialny plan Profesora. Człowiek, o którym wiemy bardzo mało w najdrobniejszych szczegółach zaplanował każdy krok swoich ludzi i przygotował ich na każdą okazję. Nie wiemy, skąd posiada tak dużą wiedzę na temat procedur policji, hiszpańskiego prawa i ludzkiej psychiki, ale jego pomysły nieustannie bawią widza. Oczywiście wiąże się z tym pewna doza przewidywalności, ponieważ cały czas spodziewamy się, że przestępcy są o kilka kroków od policji i są przygotowani na każde działanie otaczających ich antyterrorystów. Nie przeszkadza to jednak emocjonować się kolejnymi zwrotami akcji, a scenarzyści co i rusz próbują naruszyć początkowy status quo. Szkoda jedynie, że w fabule znalazło się miejsce na kilka poważnych głupotek i postaci, których oczywiste knucie za plecami porywaczy zawsze uchodzi płazem mimo wyrządzonych poważnych szkód.

W hiszpańskiej telewizji Dom z papieru został zamknięty w 15 trwających 70 minut odcinkach. Na potrzebny Netflixa zostało to trochę pocięte i otrzymaliśmy 13 odcinków po 45 minut każdy, co odpowiada około 10 odcinkom oryginalnym. Zostało 5, które zostaną przerobione zapewne na 6-7 epizodów z nieznaną, póki co, datą premiery. Nieco dziwna decyzja, ale czekam z niecierpliwością.

W trakcie całego sezonu poznajemy szereg interesujących postaci. Porywacze jako imion używają nazw miast, a my przez większość czasu znamy ich jako Tokio, Berlin, Denver, Moskwa, Rio, Helsinki, Nairobi i Oslo. W pewnym momencie pojawiają się retrospekcje, które mówią nam o nich więcej, nakreślając motywacje i szkicując charaktery. Trzeba przyznać, że wyszło to fantastycznie i cholernie dobrze współgra z główną osią fabularną. Poza mennicą urzęduje pomysłodawca napadu – Profesor, prawdziwa enigma zarówno dla widzów, jak i dla policji i jego ludzi. Profesora poznajemy przez cały sezon, ale i tak twórcy bardzo niechętnie dzielą się z nami jego historią i sporo rzeczy musimy sobie dopowiadać. Spodziewam się, że lepiej poznamy go w drugiej serii, która aktualnie emitowana jest w hiszpańskiej telewizji Antena 3.

Tak wielki napad wzbudza zainteresowanie mediów, więc nie mogło zabraknąć charyzmatycznych stróżów prawa. Akcję wyzwolenia mennicy i negocjacje prowadzi Raquel Murillo. Podobnie jak w przypadku porywaczy, mamy tutaj szalenie interesującą postać, jakże inną od przyjętego standardu policyjnego negocjatora. Raquel mocno przeżywa wszystko co dzieje się w mennicy i to co dzieje się w mediach na całym świecie. Kobieta jest bliska depresji i dużo częściej walczy ze sobą niż z porywaczami, co skrzętnie wykorzystuje rozmawiający z nią Profesor. Fantastyczna postać.

Dom z papieru to moje wielkie odkrycie. Serial o niesamowitym napadzie na hiszpańską mennicę trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Znajdziemy tutaj niesamowite postaci, kapitalną fabułę i pomysł, jakiego nie mieliśmy w żadnym innym serialu. Prawdziwa perełka!