UDOSTĘPNIJ

Altered Carbon od pierwszej zapowiedzi stał się najbardziej oczekiwanym serialem tego roku. Niesamowite wizualia, dobry aktor i intrygująca tematyka miały sprawić, że na zawsze zapisze się w historii. Co, więc poszło nie tak?

Altered Carbon (Netflix zrezygnował z ogłoszonego wcześniej polskiego tytułu Modyfikowany Węgiel) rozgrywa się w dalekiej przyszłości. Bardzo dalekiej. Przenosimy się do XXVI wieku, gdy ludzka śmierć przestała mieć znaczenie. A przynajmniej dla tych, których stać. Każdy człowiek posiada zainstalowany w swoim ciele tak zwany stos. Stworzone ze zmodyfikowanego węgla urządzenie programuje w sobie świadomość człowieka. Po śmierci ciała, czy jak mówią ludzie przyszłości – powłoki, stos można umieścić w ciele innego człowieka, klona lub w specjalnie stworzonej syntetycznej powłoce i żyć dalej. Tylko zniszczenie stosu oznacza prawdziwą śmierć człowieka. No chyba, że kogoś stać na wykonywanie kopii zapasowej… Najbogatsi i najbardziej wpływowi obywatele zwani Matami żyją już od setek lat ciągle powiększając swoje wpływy i realizując swoje chore żądze i ambicje.

W ten sposób na scenie pojawia się Takeshi Kovacs. Za zdradę i rebelię jego ciało zostało zniszczone, a stos umieszczony w specjalnym więzieniu. Po 250 latach na specjalne zamówienia Laurensa Bancrofta Kovacs zostaje przywrócony do życia w zupełnie nowym ciele (Joel Kinnaman). Bancroft przekonuje go do zajęcia się sprawą morderstwa. Swojego morderstwa. Ktoś bowiem zamordował Mata i zniszczył jego stos parę minut przed wykonaniem kopii zapasowej, mającej miejsce co 48 godzin. Mający bardzo burzliwą przeszłość Kovacs rozpoczyna śledztwo w charakterystycznym dla siebie bezkompromisowym stylu.

Świat przedstawiony to czysta poezja. Nie chodzi nawet o efekty specjalne, o których napiszę niżej, ale o sam obraz świata przyszłości. Pierwszy sezon serialu bazuje na pierwszym tomie książkowej trylogii Richarda Morgana, ale wiele pomysłów jest oryginalną wizją twórców. Klimat znany z Blade Runnera wylewa się tutaj nie strumieniami, ale wręcz potokami. Nieprawdopodobne rozwinięcie technologiczne miesza się z obskurnymi slumsami. Bogaci i żądni władzy okrążeni są przez tysiące, którzy chcieliby znaleźć się na ich miejscu i tych, którzy po prostu chcą przeżyć swoje życie i odejść na zawsze zgodnie ze swoją wiarą. Rozwarstwienie społeczeństwa jest gigantyczne i zostało to genialnie przedstawione. Najlepsze momenty tego serialu rozgrywają się w nic nie znaczących dla fabuły miejscach, gdzie konflikty moralna i ideologiczne są na porządku dziennym. Czy to normalne, że zwykli ludzie zgadzają się na walkę na śmierć i życie, gdzie wygraną jest nowa, wysokiej jakości powłoka? Czy pokręceni bogaci mogą bezkarnie torturować i zabijać prostytutki jeśli zasponsorują im nowe ciało? Świat przedstawiony to prawdziwy majstersztyk. Pełen cudów, koszmarów i wielkich sprzeczności. To trzeba zobaczyć.

Nie udałoby się tego wszystkiego zrobić, gdyby nie niesamowite efekty specjalne. Scenografia w pomieszczeniach oraz futurystyczne widoki przyćmiewają wiele hollywoodzkich produkcji. Na każdym kroku wygląda to po prostu obłędnie. Ponadto serial jest niesamowicie brutalny, a sceny walki zachwycają swoją spektakularnością. Strzelaniny i walka wręcz to niesamowita robota i naprawdę szkoda, że jest ich tak mało podczas całego serialu. Robią one gigantyczne wrażenie i może nie są lepsze od tych z Banshee, ale Altered Carbon nie czego się w tym aspekcie wstydzić.

Drugi wielki plus za postać głównego bohatera. Kovacs robi wszystko, żebyśmy go nie polubili i przez to jest tak bardzo interesujący. Kieruje się własnymi zasadami, gardzi zadufanymi w sobie bogaczami i nie korzy się przed nikim. Do tego jest bezwzględny, mega brutalny i nie uznaje żadnych świętości. Naprawdę fantastyczna postać. Gorzej wypada drugi plan. Policjantka Kristin Ortega (Martha Higareda) miała być silną babką w bezwzględnym świecie, ale częściej wkurza niż interesuje i angażuje. Pozostała część obsady po prostu jest i poza Miriam Bancroft, postacią bardzo poboczną, nie ma tutaj nikogo interesującego. Po prostu są i trudno zapałać do nich jakimkolwiek uczuciem.

W parze z cudownie przedstawionym światem nie idzie fabuła. Główny wątek, czyli sprawa zabójstwa Bancrofta jest po prostu słaby. Rozwiązanie zagadki jest tak proste i napisane tak bardzo bez polotu, że pod znakiem zapytania sprawia cały sens przywracania do życia ostatniego ze słynnych Emisariuszy (Kovacs). Przez 10 godzin ani przez chwilę nie czułem się zaintrygowany śledztwem, a każdą kolejną rewelację podsumowywałem wzruszeniem ramion.

Dlaczego tak się stało? Wydaje mi się, że serial jest zbyt długi. Materiału było na jakieś 5-6 odcinków, a rozciągnięto to na całe 10 przez co trzeba było ładować mnóstwo przynudzających zapychaczy. Nie udało się stworzyć żadnego interesującego wątku pobocznego i twórcy zaczęli kombinować z konstrukcją odcinków. W pierwszej połowie serialu ze strzępków informacji chyba każdemu z widzów udało się złożyć do kupy przeszłość Kovacsa, ale scenarzyści uznali, że trzeba na to przeznaczyć cały, trwający godzinę i sześć minut, odcinek i krok po kroku przedstawić wszystkie dawne wydarzenia. Zupełnie niepotrzebnie. Do tego rodzinne problemy Ortegi, czy emocjonalnie rozchwianego Elliota. Nic tutaj nie zagrało. Gdy już myślałem, że serial rozkręcił się na dobre w drugiej połowie, przyszedł finał. Miałki, nijaki, przewidywalny i pozbawiony prawdziwych emocji. Co prawda, mamy kilka wielkich dylematów, ale są to tak ograne pomysły, że można zgrzytać zębami. Przysłowiowa dama w opałach, rodzinne tragedie i poświęcenia to taki schemat schematów, że głowa mała.

Altered Carbon to duże rozczarowanie. Produkcja, która miała zmienić serialowe oblicze zbyt mocno skupiła się na otoczce, a kompletnie zapomniała, że brak dobrej historii nie przyciągnie, co raz bardziej, wymagającej widowni. Świat przedstawiony jest naprawdę wyjątkowy, niesamowicie interesujący, przyciągający jak magnes. Za to fabuła, bohaterowie i wątki poboczne odstają od tego o kilka klas. Po prostu piękna wydmuszka.