Osiemnasty film Marvela i osiemnasty wypad do kina na kolejną produkcję należącą do MCU. Czarna Pantera debiutuje zaledwie dwa miesiące przed daniem głównym tego roku, czyli Avengers: Wojna bez Granic. Jak wypada opowieść o królu T’Challi? Bez spoilerów.

Marvel nie bawi się w kolejną origin story. Początek filmu szybko objaśnia o co chodzi z Wakandą i chroniącymi jej Czarnymi Panterami i od razu przeskakujemy do akcji. Ta rozpoczyna się już tydzień po wydarzeniach z filmu Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów. Król T’Chaka zginął w zamachu, więc drogą naturalnej sukcesji tron Wakandy ma objąć T’Challa (Chadwick Boseman). Tymczasem w państwie pojawia się ktoś, kto również rości sobie prawa tronu… Fabularnie Czarna Pantera nie powala. Wszystko kręci się wokół wewnętrznej polityki Wakandy i grzechów poszczególnych władców, którzy robili wszystko, by prawda o tym niezwykłym kraju nigdy nie wyszła na jaw. Mamy, więc rodzinne dramaty, zdrady i wielkie spiski.

Tarcza Kapitana Ameryki została stworzona z vibranium. Metal pojawił się również w filmie Avengers: Czas Ultrona, gdzie posłużył jako materiał do stworzenia ciała dla głównego złola.

Wszystko to w cudownej otoczce Wakandy, która okazuje się najjaśniejszym punktem i prawdziwym głównym bohaterem filmu. Tak, kraj został przedstawiony fantastycznie. Na terenie Wakandy przed wiekami rozbił się meteor zawierający vibranium, najtwardszy stop metalu, jaki widziała ziemia. Przez stulecia mieszkańcy nauczyli się obrabiać i wykorzystywać ów metal, a wraz z rozwojem technologicznym odkrywano kolejne jego niesamowite właściwości. Dziś Wakanda dysponuje technologią, o której nie śniło się nawet Starkowi, a dzięki działaniom jej kolejnych obrońców (Czarnych Panter) świat nie ma o niej nawet pojęcia. Jeśli świat Avengers musi jako tako trzymać się współczesnych realiów, to w przypadku Wakandy nic nie stanęło na przeszkodzie, by twórcy mogli dać zaszaleć wyobraźni. Stworzone przez Shuri, siostrę T’Challi gadżety zachwycają swoimi możliwościami – niewykrywalne odrzutowce, soniczne kolejki, zaawansowane stroje, wirtualnie sterowane auta i myśliwce. W Wakandzie nawet narzuty pastuchów zostały wzbogacone vibranium przez co są mocniejsze niż jakikolwiek ziemski materiał. Połączenie tradycji z niesamowicie rozwiniętą technologią sprawia, że każda minuta pokazująca nam świat to prawdziwe złoto. Cudo!

Świetnie wypadają też bohaterowie. T’Challa/Black Panther nie jest zbyt charyzmatyczny, co widzieliśmy już w Wojnie Bohaterów, ale za to ma doskonałe wsparcie. Postaci kobiece dosłownie rządzą w tym filmie. Generał Okoye (Danai Gurira, Michonne) to twarda i uzdolniona wojowniczka, pełna szacunku dla obowiązujących praw. Nakia (Lupita Nyong’o) pomagająca potrzebującym poza Wakandą to z kolei postępowa dziewczyna, która chciałaby by jej ukochany T’Challa podzielił się ze światem osiągnięciami Wakandy. No i jest jeszcze moja ulubiona Shuri (Letitia Wright), siostra T’Challi, wluzowana zabawna dziewczyna, która niczym bondowski Q ma przygotowany gadżet na każdą okazję. Za to postać agenta CIA Everetta K. Rossa jest tutaj trochę na siłę. Martin Freeman miał rozśmieszać swoimi scenami, ale nie ma tutaj porywających żartów, ani chociaż głupkowatego (i przez to fantastycznego) humoru z Thor Ragnarok. Film ma poważny ton, więc one-linery i charakterystyczne docinki ograniczono do minimum.

Czas na czarny charakter. A w zasadzie dwóch. Przede wszystkim powraca poznany w Avengers: Czas Ultrona Ulysses Klaue (Andy Serkis), który jak się okazuje do tego momentu był jedynym człowiekiem z zewnątrz, który widział prawdziwą Wakandę. Serkis daje tutaj fantastyczny popis, bo jego Klaue to postać tak przegięta i przez co charakterystyczna, że spokojnie mógłby być jedynym przeciwnikiem T’Challi. Jednak prawdziwym nemesis nowo koronowanego króla jest Erik Killomonger (Michale B. Jordan) tak wychwalany w przedpremierowych recenzjach. Jak jest w rzeczywistości? Chyba z czystym sumieniem mogę napisać, że Killmonger się udał. Nie jest to ani socjopata ani psychopata, a po prostu skrzywdzony chłopak, który swoje życie podporządkował szukaniu sprawiedliwości za krzywdy z dzieciństwa. Jasne, jego metody nie są godne pochwały, ale trudno odmówić mu racji w innych kwestiach. Ponadto został świetnie zagrany i zostanie na długo w pamięci.

Warto wspomnieć o efektach specjalnych. Wakanda pełna jest popisów grafików, co w większości przypadków robi kolosalne wrażenie (walka nad wodospadem!). Przy całym tym fantastycznym CGI przewrotnie cierpią widoki. Tło niektórych scen jest tak cudne i tak dopracowane ze strony graficznej… że aż razi sztucznością. Na szczęście zdecydowana większość przytłacza rozmachem i zadziwia pomysłami dzięki czemu nie ma czasu skupiać się na pewnych przegięciach.

Przyznam szczerze, że nie byłem przekonany do Czarnej Pantery. Trudno było sobie wyobrazić, jak twórcy wplączą w Kinowe Uniwersum Marvela Wakandę, jak wypadanie solowa opowieść dość nudnego T’Challi. Jednak zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. Prosta fabuła została zrekompensowana świetnymi postaciami, świat Wakandy został przedstawiony fenomenalnie, a wszystko spaja mocny przeciwnik głównego bohatera. To dobry film i gorąco zachęcam do wizyty w kinie. A już za dwa miesiące Avengers: Wojna bez Granic!