Pierwszy tom Strażników Galaktyki spod ręki Briana Michaela Bendisa wypadł całkiem fajnie. Bez większego wahania sięgnąłem po kontynuacje, by zbliżyć się do crossovera z serią All-New X-Men. Jak wypada tom 2 zatytułowany Angela?

1. GUARDIANS OF THE GALAXY TOM 1: KOSMICZNI AVENGERS


2. GUARDIANS OF THE GALAXY TOM 2: ANGELA


3. GUARDIANS OF THE GALAXY TOM 3: NIESKOŃCZONOŚĆ


4. GUARDIANS OF THE GALAXY/ALL-NEW X-MEN: PROCES JEAN GREY


5. GUARDIANS OF THE GALAXY TOM 4: STRAŻNICY W ROZSYPCE


6. GUARDIANS OF THE GALAXY TOM 5: GRZECH PIERWORODNY


7. GUARDIANS OF THE GALAXY TOM 6: PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA

Angela wchodzi w historię z wielkim hukiem i jest to najlepsze, co komiks ma do zaoferowania mimo,  że wkurza jej rozerotyzowany wygląd charakterystyczny dla heroin lat 90. Skąpy stanik i majteczki przykryte pasem są dobre dla jakichś dewiantów i napaleńców. Czytając komiksy dla historii i bohaterów takie podejście niesamowicie wkurza. Musiałem to z siebie wyrzucić. Pomijając aspekty wizualne potężna i tajemnicza wojowniczka fajnie odnajduje się w nowej rzeczywistości. Bez problemu radzi sobie z każdym, kto stanie na jej drodze  o czym przekonali się zarówno Strażnicy, jak i wrogowie.W wyniku wydarzeń z Ery Ultrona i Zderzeń Wszechświatów w uniwersum pojawia się Angela. Kim jest, czym jest i dlaczego tutaj jest – nie wiadomo. Angeli nie można dopisać do żadnej rasy, żadnej cywilizacji, nawet Watcher nie jest w stanie jej skatalogować. Na zagubioną wojowniczkę trafiają oczywiście Strażnicy Galaktyki.

W zasadzie po dwóch tomach Guardians of the Galaxy trudno powiedzieć o czym jest seria. Składają się na nią 2-3 zeszytowe historie, które łączy bardzo mało i nie bardzo widać, gdzie to wszystko zmierza. Zabawne i ciekawe opowieści giną w chaosie nieznaczących wydarzeń. Wszystko nabiera jako takiego sensu, gdy połączymy to z Erą Ultrona. Niestety komiks każe nam się domyślać i samemu łączyć kropki. Zabrakło czegoś, co skierowałoby czytelnika do zapoznania się z pozornie autonomicznym eventem. Niestety bez tego lektura jest niczym oglądanie teledysku słabej piosenki, który przykuwa do ekranu tylko pięknymi kadrami.