Dziesięć lat. Dziesieć lat przemyślanego, nieprzerwanie polerowanego i wyjątkowo spójnego Kinowego Uniwersum. Osiemnaście dotychczasowych i mniej lub bardziej ze sobą powiązanych filmów pokazało, że Marvel dokonał czegoś niesamowitego, czegoś co w historii kina nie miało miejsca. A dziś oglądamy wielkie wydarzenie, które nie tylko doskonale podsumowuje dokonania Kevina Feige, ale udowadnia też, że kinowa superprodukcja może wymykać się wszystkim szablonom. Recenzja filmu Avengers: Wojna bez Granic. Oczywiście bez jakichkolwiek spoilerów!

Już pierwsza minuta filmu to akcja na całego. Bracia Russo nie bawili się w przedstawianie bohaterów, w nakreślanie ich historii, czy wspomniane dotychczasowych osiągnięć. Film zakłada, że znamy Uniwersum, znamy bohaterów i chociaż trochę rozumiemy ich relacje. Pod tym względem produkcja przypomina komiksowy event, gdzie poszczególne postaci poznajemy w ich własnych seriach, a w evencie wszystko to zostaje pomieszane bez oglądania się na świeżych w temacie. Słyszałem narzekania, że film jest niezrozumiały, bo nie tłumaczy czemu ten robi to, a tamten robi tamto. To pokazuje jedynie, że Wojna bez Granic nie jest przeznaczona dla tych osób i tym bardziej nabieram szacunku dla studia za tak odważną decyzję!

Przedstawiona historia skupia się na krucjacie Thanosa. Szalony Tytan po serii niepowodzeń zapoczątkowanej w pamiętnej inwazji na Nowy Jork postanowił opuścić swój mroczny zakątek i osobiście zebrać wszystkie Kamienie Nieskończoności. A że co najmniej dwa z nich znajdują się na Ziemi (Vision i Doktor Strange) to wiemy już, że najwięksi ziemscy herosi zmierzą się z największym z dotychczasowych zagrożeń.

Chcecie wiedzieć czym są Kamienie Nieskończoności i jakie były ich losy w MCU? Klikajcie śmiało!

Podczas promocji filmu bracia Russo mówili, że głównym bohaterem będzie Thanos, że to bardziej film o nim niż o Avengers. I nie kłamali! Znając uniwersum wiemy wiele o motywacjach Avengers i nikt nie wywraca ich przekonań do góry nogami, co robi naturalne miejsce na przybliżenie nam postaci Thanosa. I chociaż każdy z nas zdaje sobie sprawę, że to jest złoczyńca, bezwzględny morderca to w pewnym momencie łapiemy się na tym, że za jego działaniami stoi pewna logika. On sam siebie uważa za bohatera, za jedyną osobę, która jest w stanie zmienić Wszechświat na lepsze. Thanos nie zabija dla przyjemności, nie zabija dla samego zabijania, bogacenia się, czy władzy. Tytan głęboko wierzy, że to co robi to jedyna słuszna decyzja, jakiej tylko on nie boi się podjąć. Coś niesamowitego!

Na pewno zadajecie sobie pytanie: jak udało się połączyć i wykorzystać taką plejadę postaci? Jak połączyć wyszczekanego nastolatka w stroju pająka, czarodzieja w pelerynce, boga piorunów, mieszkańców ukrytego afrykańskiego państwa i kosmicznych obrońców Galaktyki z gadającym szopem i chodzącym drzewem w składzie? Nie wiem jak, ale udało się! Tony Stark wierząc jedynie w naukę spotyka gościa zajmującego się magią, Spider-Man odkrywa, że on i Star-Lord uwielbiają popkulturę lat 80., a Thor uczył się języka Groota w Asgardzie. W jakiś sposób wszystkie te odmienne światy i zupełnie różne postaci tworzą kolektyw i podkreślają wyjątkowy rozmach produkcji. Co ciekawe przy filmie pracowali James Gunn (Strażnicy Galaktyki) i Scott Derrickson (Doktor Strange), którzy pomagali braciom Russo w scenach, które korzystają z ich bohaterów. U Strażników na każdym kroku czuć ten ich luz (jest nawet piosenka z nowego Awsome Mix!), a Drax dosłownie rozbraja swoim zachowaniem. To samo Strange wraz z jego dupkowatym stylem bycia i charakterystycznym sposobem rzucania zaklęć. To naprawdę te same postaci, co w solowych filmach. Czapki z głów

Akcja Avengers: Wojna bez Granic rozgrywa się głównie w trzech lokacjach. Nie będę tutaj zdradzał szczegółów (jedną odgadniecie ze zwiastunów), ponieważ ściśle wiążą się one z meandrami fabularnymi, skupię się raczej nad tym jak to zrealizowano. Film charakteryzuje bardzo wysokie tempo, które zaskoczyło nawet mnie, fana ciągłej akcji i rozwałki. Bracia Russo zadbali jednak o to, byśmy nie czuli się znużeni ciągłymi wybuchami i mordobiciami przeskakując do zupełnie innych lokalizacji. Trochę strzelania, trochę latania, za chwilę trochę kosmosu i powtórz wszystko od początku. Wszystko to udało się utrzymać w doskonałym tempie i sprawić, że trwający dwie i pół godziny film mija tak szybko, jak pstryknięcie palcami.

Avengers: Wojna bez Granic to spełnienie każdego fana komiksów i popkultury w ogóle. To dowód na to, że nawet z ograniczeniem wiekowym, oczekiwaniami finansowymi panów wykładających na to pieniądze da się zrobić film, który nie tylko dostarczy znakomitej i widowiskowej rozrywki, ale też rozbawi, wzruszy, a nawet zszokuje. Fenomenalna produkcja!

PS. Po całych napisach jest jedna scena, ale warto zostać do końca, bo pojawiają się w niej pewne postaci i zapowiadają przyszłe wydarzenia.