Zeszłoroczny, eksperymentalny czwarty sezon Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. był najsłabszą odsłoną przygód drużyny Coulsona. Seria piąta miała ten stan zmienić, a widmo skasowania serialu skusiło twórców do nieco odważniejszych zagrań. Sprawdźmy jak wyszło.

Premiera piątego sezonu wyjaśnia tajemnicze zakończenie serii czwartej. W ostatniej scenie poprzedniego sezonu Coulson pojawił się w… kosmosie na pokładzie statku lub stacji kosmicznej. I rzeczywiście Agenci TARCZY wylądowali w przestrzeni kosmicznej w swego rodzaju obozie pracy kierowanym przez Kree. Biały obelisk, z którym mieli styczność przeniósł ich nie tylko w przestrzeni, ale też w czasie! Kilkadziesiąt lat w przyszłość, gdy resztka ludzkości dogorywa pod rządami Kree, a Ziemia została zniszczona prze Niszczycielkę Światów o imieniu… Quake. Na Ziemi, w teraźniejszości został jedynie Fitz, który za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co stało się z jego przyjaciółmi i znaleźć sposób na sprowadzenie ich z powrotem.

Pierwsza część sezonu prawie całkowicie rozgrywa się w przyszłości. Coulson, Daisy, May, Simmons, Mack i Yo-Yo szukają sposobu na powrót do domu, a przy okazji chcą pomóc ludzkim niewolnikom niebieskoskórej rasy Kree. Jest to oczywiście głupota, bo jeśli udałoby im się cofnąć w czasie i odwrócić bieg wydarzeń to zdecydowana większość niewolników w ogóle by się nie urodziła. Ale, że TARCZA jest po to by chronić uciśnionych to dostaliśmy kilka fillerowych odcinków skupiających się na różnych bezimiennych osobach z któregoś tam planu. Przez niepotrzebne zapychacze stawka o jaką walczą bohaterowie wydaje się dużo mniejsza. Do znanej nam ekipy dołącza Deke, chłopak urodzony w zniszczonym świecie, który stał się mistrzem przetrwania pod butem Kree. Pozostałe postaci kompletnie nie zapadają w pamięci i bez zaglądania do internetu nie potrafię sobie przypomnieć ich imion.

Druga część sezonu rozgrywa się już w teraźniejszości, a wydarzenia zbiegają się z inwazją Thanosa z Avnegers: Infinity War. I tutaj jest już dużo lepiej. Fabuła pozbyła się zapychaczy, a znający przyszłość bohaterowie, podejmują trudne, czasem bardzo kontrowersyjne decyzje, by zmienić bieg wydarzeń prowadzący do zniszczenia Ziemi. Dzieje się naprawdę dużo, co i rusz zaskakują kolejne zwroty akcji, a konflikty w grupie jeszcze nigdy nie osiągnęły tak wielkiej skali. Można przyczepić się jedynie do wyboru przeciwników. W drugiej części sezonu na główny czarny charakter sezony wykreowana została Ruby, a jej rolę sportretowała Dove Cameron. Nie był to najlepszy casting. Dziewczyna nijak nie potrafi wyglądać i zachowywać się groźnie, a jej wywody częściej wywołują uczucie zażenowania niż jakiegokolwiek zainteresowania. Na szczęście jest jeszcze pani generał Hale i finałowy boss, którego tożsamości oczywiście nie zdradzę. Zacierają oni słabe wrażenie, jakie pozostawia po sobie Ruby.

Serial obejrzycie na Showmax.com

Druga część sezonu wyglądała na pożegnanie twórców i bohaterów z widzami. Na przełomie ostatnich dziesięciu odcinków pojawiło się mnóstwo postaci, jakie przewinęły się przez cały serial. Nawet jeśli niektórzy pojawiali się na kilka sekund to i tak doceniam starania twórców. Dzisiaj wiemy, że serial powróci z szóstym sezonem w lecie 2019 roku, czyli po Avengers 4. Podczas kręcenia ekipa odpowiedzialna za serial ewidentnie nie miała takich informacji, ponieważ finał sezonu mógłby zostać również finałem całego serialu. Był to bardzo emocjonalny finałowy odcinek, zamykający wszystkie wątki i oferujący symboliczne zakończenie Agentów TARCZY. Wyszło bardzo fajnie.

Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D w piątym sezonie wypadł o wiele lepiej niż chaotyczna seria czwarta. Na przestrzeni 22 odcinków znalazło się miejsce na zapychacze i kompletnie niepotrzebne wątki, ale koniec końców był to udany sezon z bardzo fajnym, pełnym emocji zakończeniem. Z niecierpliwością czekam na serię szóstą!