Jakość seriali i dokumentów sygnowanych logiem HBO znamy od lat, natomiast oryginalnych filmów otrzymujemy zdecydowanie mniej. Nic dziwnego, więc, że każda kolejna zapowiedź automatycznie wpisuje film na listę oczekiwanych. Sprawdźmy jak wypadł film 451⁰ Fahrenheita będący ekranizacją książki Raya Bradbury o tym samym tytule.

Przenosimy się w antyutopijną przyszłość, gdzie życiem obywateli rządzi wszystkowiedząca i wszystkowidząca władza. Dobra kultury i sztuki zostały uznane za źródło wszelkiego zła i z tego właśnie powodu do życia zostały powołane specyficzne jednostki strażaków, których powołaniem nie jest gaszenie pożarów, ale ich wzniecanie. Jednostki o nazwie 451 (temperatura w jakiej pali się papier w stopniach Fahrenheita), są swego rodzaju celebrytami i zajmują się paleniem dobytku ludzi, którzy posądzeni są nielegalne posiadanie dóbr zakazanej sztuki.

Tego typu gwiazdą jest Montag (Michael B. Jordan), który pod okiem doświadczonego Beatty’ego (Michael Shannon) bierze udział w najbardziej spektakularnych akcjach i kreowany jest na przyszłego dowódcę jednostki. Montag urodził się już w świecie bez sztuki i nie rozumie czemu ludzie ryzykują własnym życiem, by tylko zdobyć jakąś zniszczoną książkę, czy rozmontowanego walkmana. Oczywiście wszystko zmienia się w momencie, gdy Montag zabiera z miejsca akcji podniszczoną książkę i poznaje Clarisse, informatorkę i zarazem dziewczynę z podziemia tzw. Mątw, ludzi nielegalnie kultywujących dorobek przeszłości.

Największym problemem filmu jest jego przewidywalność. Nie zapoznałem się z materiałem źródłowym, nie wiem jak wierny książce jest film, ale od samego początku raził brak oryginalności. Konstrukcja fabuły opiera się na bardzo znanym schemacie i bardzo, ale to bardzo przypomina fantastyczne Equililibrium z Christianem Balem. Kolejne fabularne zwroty akcji jak po sznurku odtwarzają znane motywy, tylko gdzieniegdzie dorzucając coś od siebie. Od pierwszych minut łatwo odgadłem jak zostanie poprowadzona historia Montaga i z kim stoczy finałową potyczkę. Końcówka jest co prawda bardzo fajna i emocjonująca, ale dotychczasowy brak oryginalności po prostu boli.

Przez schematycznie przedstawioną fabułę szkoda mi bardzo fajnie przedstawionego świata. Wozy straży pożarnej wyglądają klasycznie, ale dorobiły się nowych, mroczniejszych barw, ludzie żyją pod stałą obserwacją sztucznej inteligencji, a przeciwnicy władzy kryją się w pozbawionych technologii i nadzoru slumsach. Obrazek znany z powieści i filmów sci-fi mimo to przedstawiony z fajnym wyczuciem i smakiem. Tak samo dobrze przedstawiono relację Montaga ze swoim mentorem, który przez lata stał się dla niego nie tylko nauczycielem i dowódcą, ale też w pewnym sensie ojcem.

451⁰ Fahrenheita nie zachwyca, tak po krótce można ocenić produkcję oryginalną HBO. Ciekawie przedstawiony świat niknie w przewidywalnej fabule, której szablonowe rozwiązania nie pozwalają przeżyć tego, co założyli sobie scenarzyści.