Netflix zaczyna otwierać się na seriale animowane dla widzów dorosłych. Najpierw BoJack Horesman, potem kapitalna Castlevania, a teraz Rozczarowani, serial autorstwa Matta Groeninga, twórcy uwielbianych przeze mnie Simpsonów i Futuramy. Po teraźniejszości i przyszłości Groening przenosi nas do średniowiecznego baśniowego królestwa.

Dreamland, piękne nadmorskie królestwo rządzone jest przez egoistycznego, narcystycznego i niezbyt rozgarniętego króla Zoga. Stracił pierwszą żonę, która zamiast dziedzica pozostawiła mu córkę, więc ożenił się ponownie, by podtrzymać sojusze i doczekać się syna, który w przyszłości przejmie tron. A księżniczka? No właśnie…

Rozczarowani to nie opowieść o królu, nie o królestwie, a o księżniczce właśnie. Bean, a właściwie Teabeanie nie najlepiej czuje się w roli królewskiej córki, a najbardziej nie cierpi prób zeswatania jej z kolejnymi książętami innych królestw. Zamiast zabawiać gości na dworskich balach, czas wolny spędza w podrzędnych norach zapijając wszystkie smutki… i radości też.

Złoczyńcy o nieznanych zamiarach upatrują w Bean najsłabsze ogniwo królestwa, więc przydzielają jej demona Luci, mylonego często (całkiem zresztą słusznie) z gadającym kotem. Paczkę uzupełnia Elfo, elf uciekinier z Elfwood, gdzie żyje i pracuje się z uśmiechem i pieśnią na ustach. Elfo nie mogąc znieść ciągłej radochy podlanej tonami elfich słodyczy postanowił wybrać się tam, gdzie znajdzie kogoś nieszczęśliwego…

Sezon, a w zasadzie pierwsza część sezonu, składa się z 10 odcinków. O dziwo, znalazło się miejsce na wątek przewodni, który przewija się we wszystkich odcinkach. Nie jest on może specjalnie wybitny, ale końcówka wyzwala nawet sporą dawkę emocji. Są tajemnice, jest nawet spory zwrot akcji w finale pierwszej części sezonu. Ale oczywiście nie z tego powodu odpalamy Rozczarowanych.

Tak, serial Matta Groeninga oglądamy dla humoru. I jeśli oglądaliście kiedykolwiek Simpsonów to doskonale wiecie czego się spodziewać. W średniowiecznej rzeczywistości znalazło się mnóstwo żartów dotyczących zwyczajów i legend tamtego okresu. Ulicami Dreamlandu chodzi codziennie „Plagowy Patrol” zbierający na wózek ofiary kolejnej zarazy, miejscy stróże prawa kierują osłami udającymi dźwięk policyjnej syreny (io io io), a publiczne egzekucje to jedna z atrakcji wycieczki szkolnej dzieci. Pojawiają się też baśniowe postaci z przewrotną wariacją na temat Jasia i Małgosi na czele. Humor dotyka praktycznie każdego aspektu średniowiecznego życia i jeśli nie mamy zbyt dużo gagów sytuacyjnych to dialogi i teksty nam to znakomicie wynagradzają.

Rozczarowanych oglądałem naprzemiennie z napisami i polskim dubbingiem. Muszę przyznać, że polska wersja została bardzo dobrze przygotowana i naprawdę nie odstaje wiele od oryginału. Tym bardziej, że Groeninga bardzo trudno bezpośrednio przełożyć przez częste gry słów i dwuznaczne komentarze postaci. Przez to niektóre wypowiedzi, by zgadzała się synchronizacja słów z ruchem warg, musiały zostać skrócone bądź rozwleczone, co sprawiło, że dana kwestia wydawała się dość dziwna. W ogólnym rozrachunku jednak dubbing Rozczarowanych wypadł bardzo dobrze.

Jestem usatysfakcjonowany. Wiele obiecywałem sobie po Rozczarowanych i nie zawiodłem się. Jest to przezabawna, pełna satyry animacja, jakiej na Netflixie brakowało. Mam tylko nadzieję, że serial zostanie z nami na dłużej.